Dzisiaj nasza babcia, prababcia, żona, mama, a przede wszystkim serce piekarni ma urodziny! Każdy wie, że bez niej piekarnia to nie to samo, a ona sama bez niej żyć nie potrafi! Życzymy zatem jej samych dobrych dni, przede wszystkim w zdrowiu i radości! Żeby była z nami jak najdłużej! Na zdjęciu solenizantka Rejska, Tereska!
Kiedy pierwszy raz posłuchałam mantry, poczułam tak niewyobrażalną „ulgę”, że aż się popłakałam. Jakby ktoś, kogo bardzo skrzywdziłam, przebaczył mi. Niesamowite uczucie. A kiedy pierwszy raz zaśpiewałam, poczułam taki spokój, jakiego już dawno nie czułam. Takie przekonanie, że wszystko będzie dobrze, choćby nie wiem co.
Unnatural Selection - Muse zobacz tekst, tłumaczenie piosenki, obejrzyj teledysk. Na odsłonie znajdują się słowa utworu - Unnatural Selection.
Ile lat ma dziadek, a ile babcia wiedząc, że babcia ma teraz dwa razy tyle lat ile dziadek miał wtedy kiedy babcia miała tyle ile dziadek ma teraz? Dziadek i babcia mają razem 154 lata. Powiedz ile lat ma dziadek, a ile babcia wiedząc, że babcia ma teraz dwa razy tyle lat ile dziadek miał wtedy kiedy babcia miała tyle ile dziadek ma teraz.
"I've sung some songs that were lame I've slept with girls on the game. I've got my Catholic shame Lord I'm in purgatory Basically it's all come-on talk for me I wasn't me when we met You haven't lost"
Bandera Waltz - Ernest Tubb zobacz tekst, tłumaczenie piosenki, obejrzyj teledysk. Na odsłonie znajdują się słowa utworu - Bandera Waltz.
Jest to scenariusz z imprezy środowiskowej z okazji Dnia Babci i Dziadka, którą przeprowadziłam w 2005r. Scenariusz bardzo się podobał więc zamieszczam go do Waszej dyspozycji Dziś w naszej szkole okazja rzadka. Witamy serdecznie Babcię i Dziadka. Swą obecnością, brawami. Dlatego na nasz program zapraszamy! II. Taniec „Trojak” w.
NuQC. LinkiWebmasterWsparcie techniczneInformacje o dostępnościInformacje prawnePolityka prywatnościImprintMapa stronyO przedszkoluKontaktAktualnościKontaktyPrzedszkole Nr 11 w Tarnowskich Górach, ul. Mickiewicza 18przedszkole11@@ 285 18 71Tarnowskie Góry ul. Mickiewicza 18 42-600 42-600 Tarnowskie Góry Polandprzedszkole11@ zdjęć
Kojarzycie syndrom wicia gniazda? Kobiety pod koniec ciąży, pomimo wielkiego brzucha i miliona dolegliwości, dostają jakąś niewiarygodną energię, którą skupiają najczęściej na urządzaniu miejsca dla mającego pojawić się w domu dziecka. Skręcanie łóżeczka, kupowanie mebli, malowanie ścian, prasowanie małych ubranek i inne tego typu aktywności. No więc mnie w czwartej ciąży też trafił ten syndrom, ale centrum mojej aktywności remontowej nie była sypialni, tylko kuchnia. Zaczęło się od tego, że chciałam pomalować jedną ścianę, skończyło się na totalnym remoncie i zupełnie nowej kuchni. Przyznaję, trochę mnie poniosło, ale prawie niczego nie żałuję!Na początku muszę zaznaczyć, że nasza kuchnia to absolutne serce tego domu od samego początku jego istnienia. Mieszkamy w domu rodzinnym Michała, więc doskonale znamy jego historię i wiemy, że w sumie poza wyglądem niewiele się ta kuchnia zmienia, bo zawsze jest pełna gości i nigdy się chyba jeszcze nie zdarzyło, żeby goście siedzieli w salonie – naturalnym miejscem spotkań, pogaduch czy imprez jest kuchnia!Moim zdaniem jest to zasługa dużego stołu, który od ponad 40 lat stoi dokładnie w tym samym miejscu i ławy narożnej, która od zawsze mieściła znacznie więcej osób, niżby to wynikało z jej długości. Dlatego nawet jak się z remontem rozpędzałam, to i tak było wiadomo, że kącik jadalniany pozostanie prawie nienaruszony! Nie chcę zanudzać was historycznymi zdjęciami kuchni czy szczegółowym opisem zmian, jeśli bardzo was to interesuje, to zachęcam do przeczytania wpisu Michała na temat kuchni. Z rzeczy historycznych zostawiam jedynie to zdjęcie mojego małżonka przy kuchennym wprowadziliśmy się do rodzinnego domu Michała (już 7 lat temu!), to nie bardzo mogliśmy sobie pozwolić na jakieś kosztowne zmiany wystroju, a że kuchnia akurat była porządna i funkcjonalnie urządzona, to postanowiliśmy prawie w nią nie inwestować. Jedynie wymieniliśmy brązowe fronty w szafkach na białe i zmieniliśmy obicie ławy z brązowego na czerwony, no i na jedną ścianę nakleiliśmy tapetę. W międzyczasie wyburzyliśmy ścianę między kuchnią a spiżarnią, powiększając nieco samą kuchnię i zmniejszając spiżarnię, planowaliśmy również wymianę blatu i zlewu, ale ceny blatu trochę nas przerażały i zamiast odkładać na ten wymarzony blat, wydawaliśmy oszczędności na podróże :DJeszcze na początku grudnia nasza kuchnia prezentowała się tak:Remont zaczął się od tego, że w moje ręce trafiły przecudne krzesła z domu mojej babci – tak zwane bumerangi z lat 60. wyprodukowane w Gościcińskiej Fabryce Mebli. Oddałam je do renowacji i wymarzyłam sobie na nich niebieską tapicerkę. Po głowie mi już jakiś czas chodziła też nowa niebieska ława, no i tak sobie pomyślałam, że aby to wszystko spiąć, to warto by było przemalować ze 2 ściany. Zaprosiłam więc kolegę Grzesia, który ma super ekipę budowlaną, żeby mu pokazać te ściany do przemalowania. I jak już pokazałam ściany, to okazało się, że warto wycyklinować podłogę, przesunąć kaloryfer i gniazdka, położyć beton architektoniczny tam, gdzie miał być już 7 lat temu, zdemontować jedną półkę, zrobić włącznik, pomalować całość i w sumie tyle. A potem, jak Grzesiek wyszedł, to sobie przypomniałam o tym blacie i zlewie, a skoro już będziemy wymieniać blat, to może po prostu w końcu zrobimy nową kuchnię? Kilka dni później miałam już gotowy projekt kuchni z Ikei i nadzieję, że uda nam się ogarnąć całość przed Bożym zdjęcia wyżej zrobiłam 1 grudnia wieczorem, a 2 grudnia kuchni już nie było i zaczęło się kucie, prucie, gipsowanie i malowanie. Zamówiłam kuchnię z montażem na 16 grudnia, a 14 grudnia skończona kuchnia czekała już czysta i pachnąca na nowe meble. Byłam w szoku, ale w 9 dni ekipa uwinęła się ze wszystkim! W międzyczasie przeprowadziliśmy też małe śledztwo – w kuchni za lodówką od jakiegoś czasu coś kapało i w trakcie remontu kuchni udało nam się ustalić, że kapie z łazienki na górze ze źle zrobionego prysznica i ten remont kuchni to pikuś, bo czeka nas remont i kucie połowy łazienki! Ekipa przeniosła się więc z kuciem na górę, a ja czekałam na montaż kuchni :)Jeśli zastanawiacie się nad kupnem kuchni w Ikei, to polecam, bo chyba nigdzie indziej nie byłabym w stanie zamówić i zamontować kuchni tak szybko (i niedrogo!). Zresztą nawet na infolinii w Ikei usłyszałam, że tak szybko to się nie uda. A tymczasem kuchnię zamówiłam 10 grudnia, a odebrałam 14 grudnia. Musiałam tylko podzielić zamówienie tak, by część odebrać osobiście, bo kilka małych produktów blokowało mi dostawę całości. Dwa dni później o godzinie w drzwiach stanęła ekipa montująca (zamówiona spoza Ikei) gotowa do pracy. Nie tylko zamontowali mi kuchnię, ale trochę zmienili projekt (serio, dzięki nim mam dwie 20 cm szafki w kuchni), zrobili obudowę lodówki, przerobili szafkę nad lodówką tak, by pasowała do reszty frontów, przycięli półki przy oknie i zrobili obudowę parapetu z kuchennego blatu z Ikei. Generalnie majstersztyk! A najwspanialsze w tym było to, że punkt o odbierałam od nich skończoną kuchnię gotową do użycia!No, a potem już czekaliśmy na wszystko to, czego fizycznie nie da się zrobić w kilka dni. Tak w 100% kuchnia była gotowa 2 kwietnia, kiedy ponad czterdziestoletni stół wrócił z renowacji. Gdyby nie to, że mam w ciągu dnia ręce zajęte niemowlakiem, to pokazałbym kuchnię kilka tygodni temu, ale jest, jak jest, więc dopiero dzisiaj mogę was zaprosić do oglądania całości!Kiedy robiłam projekt kuchni w Ikei, to wiedziałam, że chcemy białe, matowe, w miarę proste fronty. Biel sprawdza nam się w kuchni od lat i pomimo tego, że teraz modne są ciemniejsze, kolorowe fronty, to my nie braliśmy ich pod uwagę. Raczej nie planujemy remontu w kuchni przez kolejnych naście lat, więc bezpiecznie było wybrać biały kolor, który zawsze będzie dobrze wyglądał. Spodobały nam się fronty bez gałek, bo są dużo łatwiejsze do czyszczenia (a jak w domu ma się mnóstwo małych, brudnych rączek, to naprawdę jest co czyścić) i okazały się super wyborem! Wiadomo, nie ma opcji, żeby fronty były nieskazitelnie czyste, ale wystarczy przejechać mokrą szmatką i nie ma śladu po dzieciach!Bardzo długo wybieraliśmy blat. Marzył nam się blat z jakiegoś kamienia, ale oczywiście na takie blaty trzeba czekać. Potem doszliśmy do wniosku, że laminat też jest ok (poprzedni miał z 20 lat i nie było tego widać), ale nasz blat ma 3,6 m długości i gdybyśmy chcieli go w jednym kawałku, to też trzeba czekać. Jak się 10 grudnia zamawia kuchnię, która ma być montowana 6 dni później, to jednak trzeba iść na jakieś kompromisy. Stanęło na laminacie w 2 kawałkach, który miał być połączony przy płycie, bo tak podobno łączenie jest najmniej widoczne. I tak też się stało i łączenia faktycznie nie blat chcieliśmy czarny, zakochaliśmy się w matowych blatach, ale po szybkim zasięgnięciu opinii na Facebooku okazało się, że on matowy jest tylko w sklepie, bo w kuchni jest już wyłącznie brudny. Stanęło na nie tak ładnym, ale bardziej praktycznym blacie, który ma udawać ciemny beton. I to był genialny wybór, bo naprawdę większości zabrudzeń w ogóle na nim nie kuchnia bardzo nam się podoba, a ponieważ jest to kuchnia z Ikei, to jest mega praktycznie. Mamy masę szuflad, w których mieści się wszystko (łącznie ze składaną krajalnicą, której w końcu, po 15 latach pozbyłam się z blatu!). Szafki mamy do samego sufitu (w poprzedniej kuchni traciliśmy kilkadziesiąt centymetrów nad szafkami!), a pod szafkami jest wspaniałe oświetlenie blatu, które jest warte każdych pieniędzy! Nie powiększyliśmy kuchni ani o milimetr a mamy tyle miejsca, że część szafek jest jeszcze że nie udałoby się to bez skorzystania z pomocy projektantów z Ikei. Polecam ich z całego serca, bo znają wszystkie te systemy, dodatki, ułatwienia, o których normalnie nie ma się zielonego pojęcia. Ja korzystałam wyłącznie z tych usług, które są darmowe – sama wymierzyłam kuchnię, sama zrobiłam pierwszy projekt, a potem zgłosiłam się na konsultację projektu i sympatyczna pani ze mną porozmawiała i poprawiła projekt, tak żeby było bardziej funkcjonalnie i spójnie! Nie kosztowało mnie to nawet złotówki!To, co jest już spoza Ikei, to te półki po prawej stronie przy oknie. W ogóle pierwotnie też chciałam tam szafkę, ale zasłaniałaby ona trochę okno, więc pochodziłam po Pintereście w poszukiwaniu inspiracji i spodobały mi się takie odkryte wstawki w zabudowie kuchennej. Doszłam do wniosku, że dobrze będą tam wyglądały półki z jasnego drewna. Ostatecznie bardzo się cieszę, że nie udało mi się tam wcisnąć szafki!Pomiędzy blatem a górnymi szafkami zamarzyłam sobie niebieską ścianę i długo myślałam jak ją zrobić. Nie chciałam płytek, chciałam szybę, bo szyby od lat bardzo dobrze nam się sprawdzają. A ponieważ szyby podobają mi się wyłącznie przezroczyste albo białe, to stanęło na ścianie pomalowanej farbą i przykrytej przezroczystą szybą. I ta szyba to najtrudniejszy w zamontowaniu oraz użytkowaniu element kuchni. Montaż trwał dwa dni, bo najpierw trzeba było przymierzyć, zaznaczyć miejsce na otwory w ścianie, wywiercić otwory, pomalować ścianę, poczekać aż wyschnie, przykręcić szybę do ściany, a potem założyć gniazdka. A przy montażu gniazdek co chwilę za szybę wpadały białe paprochy nie wiadomo skąd i trzeba było ściągać i poprawiać. Zresztą Grześ, który szybę montował, powiedział, że nigdy więcej się na takie rzeczy nie zgodzi, bo mu się nie spina trzymanie dwóch osób przez dwa dni do montażu niecałych 4 metrów szyby :D Ja się na nią uparłam pomimo tego, że wiedziałam, że za szybę coś może wpadać (nie bardzo można ją zabezpieczyć od góry). Póki co wpadła nam tam para wodna i się skropliła – taka nauczka za gotowanie nie pod nietknięty remontem fragment kuchni, to krótsza ściana naprzeciwko lodówki i zlewu. Ta zabudowa była zrobiona 5 lat temu, a że stare fronty zgrywały się z nowymi, to postanowiliśmy ich nie ruszać. Wymieniłam tylko uchwyty na mniej kanciaste i pomalowaliśmy czarną ścianę farbą magnetyczną jeszcze raz. Za to ściana betonowo-ceglana zyskała nowy blask, gdyż w końcu w dolnej części oraz na listwie na środku położyliśmy farbę strukturalną imitującą beton (wcześniej mieliśmy tam klej do glazury, który nieco gorzej imitował beton). A w górnej części wymieniliśmy tapetę na bardzo podobną do poprzedniej (wcześniej też były białe cegły, tylko trochę większe i dużo droższe!).Ale chyba największa zmiana wydarzyła się w kąciku jadalnianym, i jest to zaskakujące, bo tak naprawdę układ i rodzaj mebli jest dokładnie taki sam. Przyznam szczerze, że bardzo doceniałam funkcjonalność tej ławy z lat 90., bo mieściło się na niej pewnie kilkanaście osób podczas niektórych naszych imprez. Jednak nie była ona najwygodniejsza, o walorach wizualnych nie wspominając. Poszukiwania ławy narożnej do kuchni, która będzie nam się podobać to były miesiące, jak nie lata przeglądania internetu. Pierwszy raz zaczęłam myśleć o wymianie ławy 5 lat temu i od tego czasu przeglądałam sobie kuchenne narożniki, ale wszystkie były tak samo brzydkie. Nie wiem jakim cudem znalazłam Meble Sedia z Żegociny, które w swojej ofercie mają ławę Peperoni, ale to była miłość od pierwszego wejrzenia. To znaczy, to nie był narożnik idealny, ale był ładny i podobał mi się jako jedyny z miliona. Ponieważ nie należy do najtańszych, a w takich wymiarach, jakich potrzebowaliśmy, był raczej drogi (droższy od naszej kanapy w salonie!), to bardzo długo się wahałam czy go zamawiać, zwłaszcza że nie miałam szansy zobaczyć go na zamówiłam, wpłaciłam zaliczkę i czekałam 50 dni roboczych. Przyjechał pod sam koniec lutego i jak udało zedrzeć mi się z niego wszystkie folie i kartony, to oczom mym ukazał się absolutnie najpiękniejszy narożnik kuchenny, jaki świat stworzył! Serio, pięknie wykonany, świetna tkanina w pięknym kolorze, mega wygodny! No idealny po prostu!Oprócz ławy mamy w kuchni nowe-stare krzesła po mojej babci. Bumerangi przeszły wspaniałą renowację w Retrospekcji i teraz wyglądają tak dobrze, jak nie wyglądały od lat. Oryginalnie miały bordową tapicerkę, ale ja marzyłam o niebieskiej. Poza renowacją drewna i nową tkaniną wymieniona została też gąbka tapicerska i okazało się, że te krzesła są miękkie (serio już w latach 80. te siedziska były twarde, a po gąbce nie było śladu). Tkanina, którą wybrałam, nie jest niestety jakoś super plamoodporna, ale najbardziej mi się podobała, więc doszłam do wniosku, że jak nie da rady jej doczyścić, to wymienimy tkaninę na bardziej odpowiednią do domu z dziećmi. Plamy już są, ale wściekałam się tylko o pierwszą, teraz już lepiej sobie z nimi radzę ;)No i na koniec absolutny król naszej kuchni – stół! Historia tego stołu jest naprawdę wspaniała, jest to bardzo porządny stół ze Swarzędza, oryginalnie pokryty czarną farbą. Przez ponad 40 lat był stołem dębowym, ale już w trakcie prac renowacyjnych w Retrospekcji okazało się, że nogi oraz część blatu to faktycznie lity dąb, a środkowy fragment blatu to płyta pokryta fornirem! Mamy więc częściowo dębowy stół. Przyznam szczerze, że to, co chłopaki i dziewczyny z Retrospekcji zrobili z tym stołem, to dla mnie dzieło sztuki. Po czarnej farbie został co prawda ślad, ale wygląda super, a my mamy teraz stół z pięknym drewnianym blatem pokrytym i kiedy oddawałam stół do renowacji, to planowaliśmy wymienić nogi na inne. Jeśli ma się w kuchni ławę narożną, to stół powinien mieć nogi na środku, a nie z boku, bo inaczej ciężko jest przy takim stole usiąść, a osoby siedzące na szczycie stołu cały czas obijają się o niego kolanami. Pierwotnie blat miał zostać przymocowany do metalowych nóg w kształcie „pająka”, ale nasi fantastyczni renowatorzy podjęli się zadania przerobienia oryginalnych nóg, na takie, które spełnią nasze wymagania co do kształtu. Co prawda nie mamy zdjęć nóg sprzed tej mega zmiany, więc musicie uwierzyć mi na słowo, ale ta przeróbka jest absolutnie wspaniała i bardzo się cieszę, że nie wyrzuciliśmy dębowych nóg, tylko udało nam się je zachować!Nasz nowy kącik jadalniany prezentuje się tak, że nawet dzieci były pod wrażeniem (a na nich takie rzeczy rzadko robią wrażenie). Mnie bardzo podoba się to połączenie domu rodzinnego Michała z domem mojego dzieciństwa i ławą zrobioną specjalnie dla nas. Całość całkiem dobrze się więc komponuje zarówno wizualnie, jak i metafizycznie ;)Po tym, gdy stół wrócił na swoje miejsce, postanowiłam dokończyć dzieło remontowe i na ścianie nad ławą zawisły nasze zdjęcia z kuchni (polecam ramki z Jyska), a na stole pojawiły się podkładki (też z Jyska). Poza tym kupiłam nowy, bardziej praktyczny i pasujący wizualnie chlebak, a całość uzupełniły dodatki z Bolesławca (maselniczka, cukiernica i wazon!). Powiem szczerze, że chyba nigdy w życiu nie miałam takiej przyjemności z przychodzenia do kuchni, jak teraz. To rzecz jasna nie oznacza, że zacznę gotować, bo to nadal działka Michała, ale może od tego przesiadywania w kuchni częściej będę piec!
Sarę poznałam na studiach. Jest siostrą zakonną ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża. Wielu z nas, zgromadzenie to znane jest z pracy z dziećmi niewidomymi (np. w Laskach k. Warszawy). Siostra Sara ujęła mnie swoją prostotą, a przede wszystkim „normalnością” w byciu z drugim człowiekiem. Przyjaźnimy się od 18. lat, z czego kilkanaście przebywała na misjach w Indiach. Rozmowa, którą odbyłam z Sarą w 2009 r., jest o dzieciach stamtąd – z dalekiej Azji – które dotyka bieda i śmiertelne choroby oraz o niewidomych sierotach i ich opiekunach. Małgorzata Rubin-Bedra: W którym roku wyjechałaś na misje i dlaczego był to ten kraj? Sara: Wyjechałam w lutym 2003 roku, do południowych Indii, do stanu Karnataka, miasta Bangalore, do pracy wśród niewidomych dzieci. A dlaczego to miejsce? Nasze zgromadzenie rozpoczęło pracę w Indii w 1989 roku, kiedy to dowiedziałyśmy się, że w tym około miliardowym społeczeństwie aż 15 milionów to osoby niewidome, z czego zaledwie 2,5 procent, to osoby edukowane. Corocznie około 40 tys. dzieci traci wzrok z powodu niedożywienia i braku witamin. Zaistniała potrzeba, by wesprzeć nasze siostry tam pracujące, dlatego tez Matka Generalna zapytała, czy nie chciałabym wyjechać. Przyjęłam to z ogromna radością. Od lat marzyłam o pracy na misjach, a moim ideałem była Matka Teresa z Kalkuty, którą miałam okazję spotkać w Polsce. Kiedy wyjeżdżałaś na misje miałaś 30 lat, a w niedługim czasie zostałaś przełożoną międzynarodowej wspólnoty. Czy to nie za duże obciążenie, zbyt wielki trud? Kiedy wyjeżdża się na misje, trzeba być gotowym na wszystko. I łączy się wiele odpowiedzialności razem. Na początku nie było mi łatwo, szczególnie jeśli chodzi o język. Mimo krótkiego kursu języka angielskiego, który miałam w Polsce, po przylocie do Indii trudno mi było zrozumieć miejscowych ludzi, którzy przecież mówili właśnie po angielsku, choć wymawiali trochę inaczej i właśnie to było trudne. Ale z czasem, już na miejscu, bardzo wiele nauczyłam się od moich Indyjskich sióstr – nie tylko języka, ale także zwyczajów, kultury i mentalności ludzi. Czym się tam zajmujecie? Prowadzimy w Bangalore – stolicy stanu Karnataka – ośrodek dla dzieci niewidomych o nazwie Jyothi Seva, co w sanskrycie oznacza „Służbę Światłu”. W skład tego ośrodka wchodzi szkoła podstawowa (Jyothi Seva Primary School for the Blind) i internaty. Obecnie, przebywa w nich 85 niewidomych i słabowidzących dzieci, w tym 20 sierot. Pozostałe dzieci pochodzą w większości z bardzo ubogich rodzin, ze slumsów naszego miasta i wiosek w jego pobliżu. Mamy tez dwie dziewczynki z kolonii trędowatych ze stanu Czatisgar, odległego od nas o 26 godzin drogi pociągiem. Dla większości dzieci pobyt u nas to jedyna szansa na zdobycie wykształcenia i usamodzielnienie się w przyszłości. Po ukończeniu VII klasy w naszej szkole wysyłamy naszych uczniów do integracji, uzupełniają wykształcenie razem z widzącymi rówieśnikami, mieszkają nadal w naszych internatach, mają też lekcje wyrównawcze z nami. W szkole są takie same przedmioty jak i w innych szkołach dla dzieci widzących, wszystkie są wykładane po angielsku. Dodatkowo dzieci uczą się kannada, języka naszego stanu, a także języka hindi, który ma stać się ogólnoindyjskim. Dodatkowymi zajęciami w szkole są: nauka języka Braille’a (alfabetu dla niewidomych), czynności życia codziennego, orientacja przestrzenna, komputery (ze specjalnymi programami dla niewidomych). W internacie natomiast, dzieci uczą się śpiewu – maja chór w j. angielskim, ale także chór w j. kannada, uczą się gry na pianinie, casio, skrzypcach, a także tradycyjnego tańca indyjskiego o nazwie bharathanatyam oraz tańców ludowych. Wiele z dzieci jest utalentowanych muzycznie, a taniec mają we krwi. Jedna z nauczycielek prowadzi popołudniami zajęcia z fizjoterapii i masażu leczniczego. To dzięki niej kilkoro z naszych sierot zaczęło chodzić, mimo, że przyszły do naszego ośrodka po kilku latach leżenia jedynie w łóżku, a ortopedzi nie dawali im szans na samodzielne poruszanie się. Ile jest sióstr, z jakich krajów, na czym polega zadanie każdej z sióstr? We wspólnocie w Bangalore jest nas 21 sióstr, w tym 2 Polki. W naszym domu odbywa się też pierwszy etap formacji zwany aspiratem podczas którego kandydatki do zgromadzenia (obecnie jest ich 7, pochodzą z różnych indyjskich stanów) uczą się angielskiego i przygotowują do pracy z niewidomymi. Mamy jeszcze jedna placówkę w Indiach – w stanie Tamil Nadu, w mieście Kotagiri. Znajduje się tam dom formacyjny oraz ośrodek dla starszych niewidomych dziewcząt, gdzie uczą się dziewiarstwa i koszykarstwa. W tej wspólnocie jest obecnie 1 Polka, 5 Indyjek, 1 siostra ze Sri Lanki, 9 nowicjuszek i 4 postulantki, w tym jedna z Zimbabwe. W ubiegłym roku 3 nasze indyjskie siostry wyjechały do pracy w szkole dla niewidomych w Rwandzie. Budujemy także szkołę i internat w stanie Megalaja, w północno-wschodnich Indiach, gdzie w bardzo licznych i ubogich rodzinach jest wiele niewidomych dzieci, nie mających dostępu do szkół. 200 dzieci czeka na przyjęcie do szkoły. Nasze zadania związane są ściśle z ośrodkiem szkolno-wychowawczym, który prowadzimy, ja jestem odpowiedzialna za wspólnotę sióstr, za gości, pomagam także w administracji ośrodka i kontaktach z ofiarodawcami. Indyjskie siostry są nauczycielkami w szkole, pracują jako wychowawczynie w grupach internatowych, przygotowują do druku książki w alfabecie Braille’a, uczą orientacji przestrzennej i poruszania się z białą laską, mają lekcje muzyki, są odpowiedzialne za kuchnię, niektóre uzupełniają jeszcze swoje wykształcenie, by móc pracować z niewidomymi. Jak wygląda życie w Indiach? To temat rzeka… Mówiąc bardzo ogólnie, Indie są krajem symboli, kolorów, mnóstwa obyczajów i egzotyki. Ja, będąc tam 9 lat, zaledwie dotknęłam każdej z tych dziedzin i jestem zafascynowana. Kalendarz jest pełen najróżniejszych świąt, przede wszystkim związanych z religią hinduistyczną, dniami wolnymi od pracy są również święta muzułmańskie, a dla ciekawostki także dwa chrześcijańskie święta – Boże Narodzenie i Wielki Piątek. Każde z tych świąt ma specjalne zwyczaje. Są również odpowiednie obrządki, związane np. z uzyskaniem gotowości do małżeństwa przez dziewczynkę, ze śmiercią kogoś z rodziny, kupnem domu czy otwarciem sklepu. Najbardziej uroczyste są oczywiście śluby. Jak wy, siostry, jesteście przyjmowane przez tamtejszą społeczność? Nasz ośrodek znajduje się w bardzo ubogiej dzielnicy muzułmańskiej, otaczają nas meczety, z których kilka razy dziennie słyszymy przez głośniki głos muezina, nawołującego wiernych do modlitwy. Mamy bardzo dobre kontakty z sąsiadami, na nasze uroczystości czy przedstawienia przychodzi wielu z nich. Dzieci, które są w naszym ośrodku, należą do różnych religii, tak jak i w społeczeństwie indyjskim przeważają wśród nich hinduiści, są też dzieci muzułmańskie i grupka dzieci chrześcijańskich. Kiedy muzułmanie świętują Bakrid i zabijają zwierzęta, dzielą się z nami mięsem, a gdy hindusi świętują „Dipawali”, czyli święto świateł, otrzymujemy od nich specjalnie na tę okazję przygotowywane słodycze. Nasi pracownicy to także wyznawcy różnych religii, mamy więc okazję brać udział w hinduistycznych czy muzułmańskich ślubach, uroczystościach związanych z narodzinami dziecka czy poświeceniem domu. Skąd się biorą u was te dzieci, ktoś je kieruje? Dzieci trafiają do naszego ośrodka różnymi drogami. Większość sierot pochodzi z domów dziecka ss. Misjonarek Miłości, a tam trafiały z wysypisk śmieci, z ulic, ze szpitali. Miałyśmy bliźniaczki, które matka zostawiła w szpitalu, gdy miały 3 dni, kiedy zauważyła, że dziewczynki urodziły się bez gałek ocznych. Pozostałe dzieci są przywożone przez rodziców, skierowanych do nas przez znajomych lekarzy albo rodziców dziecka, które już uczy się w naszej szkole. Czasem ktoś spotka nas podczas programu, w którym nasze dzieci biorą udział i przekazuje adres osobie, która ma niewidome dziecko. Czasem, dzieci przywożą siostry zakonne, księża, pracownicy socjalni, którzy pracują w slumsach. Tam wynajdują dzieci, które siedzą zamknięte w domu, bo rodzice nawet nie zdają sobie sprawy, że ich niepełnosprawne dziecko może zdobyć wykształcenie. Informacja o naszej szkole jest też w tzw. Diecezjalnym Dyrektorium, dzięki czemu jest dosyć znana i to nie tylko wśród katolików, ponieważ siostry i księża pracują wśród wszystkich ludzi, bez względu na religię. To jest właśnie niezwykłe – w waszej pracy i waszym ośrodku – że zacierają się podziały. Mam na myśli podziały, wynikające z tak różnych kultur i tak odmiennych religii. W Polsce bardzo rzadko zdarza się, żeby razem ze sobą pracowali np. i chrześcijanie i muzułmanie, czy też Hare Krishna. Żeby razem tworzyli wspólne dzieło, gdzie chodzi przede wszystkim o dobro drugiego człowieka, a nie o religię. Podobno w Indiach dziewczynki są niechcianymi dziećmi (chodzi o płeć)? Kiedy w ubogiej rodzinie rodzi się dziewczynka, a tym bardziej niepełnosprawna, jest często porzucana przez rodziców. Są oni bowiem zobowiązani do zapłacenia „dowri”, czyli posagu przy jej zamążpójściu. Każda więc rodzina marzy o chłopcu, który na starość otoczy rodziców opieką. Nagminne są aborcje dziewczynek. Z tego też powodu zakazano informowania rodziców o płci dziecka przed jego narodzinami, czego niestety nie przestrzegają prywatne kliniki. Pamiętam, jak mówiłaś mi o dziewczynce, która ma na imię Radha, a która przychodzi do waszej kaplicy na różaniec. O co chodziło? Po imieniu dziecka od razu wiadomo, z jakiej wywodzi się religii; dzieci hinduistyczne mają najczęściej imiona bożków, chrześcijańskie – świętych. Radha jest jedną z hinduistek, które bardzo lubią przychodzić do naszej kaplicy na wspólny różaniec. Przychodzą też dzieci muzułmańskie. Czasem księża dziwią się, że podczas Mszy św. kaplica jest pełna, a do komunii przystępuje garstka dzieci. Tłumaczymy im później, że tylko ta garstka, to chrześcijanie. Jak wygląda dzień powszedni w waszej „wspólnocie”? Dzień zaczynamy wcześnie rano, mamy modlitwy poranne o godz. po nich Mszę Św. o siostry które maja dyżur w internacie już od są z dziećmi. Dzieci od rana wypełniają swoje tzw. „dyżury”: sprzątają pokoje, łazienki, wynoszą śmieci, ubierają szkolne mundurki. Starsi pomagają młodszym w czesaniu, zawiązywaniu butów, ćwiczeniu wszystkich czynności życia codziennego. O jest śniadanie (wszystkie posiłki są gotowane), najczęściej jakieś placki z mąki ryżowej i do tego bardzo ostry sos o nazwie curry. Dzieci, tak jak większość mieszkańców Indii, jędzą prawa ręką, nie używają sztućców. O jest w szkole poranny apel, podczas którego siostra czyta wiadomości z gazety, dzieci prowadzą modlitwę, odśpiewują hymn Indii i rozchodzą się do klas. Lekcje są takie same jak we wszystkich szkołach dla widzących, z metodami pracy dostosowanymi do niewidomych. O dzieci przychodzą do internatu na przerwę na wypicie soku (jest tu bardzo gorąco), a o mają półgodzinną przerwę na obiad. Na obiad jest zawsze ryż z ostrym sosem i gotowanymi warzywami, staramy się, by codziennie były owoce. W tygodniu posiłki są wegetariańskie, w niedziele kupujemy dla wszystkich mięso lub ryby. Mamy jedną kuchnię, w której gotuje się takie same posiłki dla dzieci, sióstr i pracowników. Zajęcia w szkole kończą się o dzieci wracają do internatu i zaczynają kąpiel, tzn. polewają się kubeczkiem wodą z wiadra. O jest podwieczorek. Po nim odrabianie lekcji i zajęcia dodatkowe. O jest kolacja i trochę czasu wolnego. O wspólna modlitwa wszystkich dzieci i gimnastyka wieczorna w dwóch grupach – dla młodszych i starszych. W sobotę mamy lekcje tylko do obiadu, a niedziela jest wolna od szkoły. Co się dzieje z dziećmi, które stają się pełnoletnie? Po ukończeniu naszej szkoły podstawowej, wysyłamy naszych wychowanków do szkół dla widzących, by razem z pełnosprawnymi rówieśnikami zdobywali wiedzę. Tam, kończą tzw. High School i College, zdolni uczą się dalej, kończą studia lub kursy nauczycielskie dla niewidomych. Trzy nasze absolwentki pracują w naszej szkole jako nauczycielki, dwie z nich mają już własne rodziny; choć same są zupełnie niewidome – wyszły za mąż za słabo widzących chłopców, mają już po dwójce pięknych, zdrowych, widzących dzieci. Inna z naszych absolwentek śpiewa w chórze, jeszcze inna jest nauczycielką pianina, jeden z chłopców udoskonala swoją wiedzę komputerową. Dla słabszych, upośledzonych uczniów, mamy jeszcze jeden ośrodek w stanie Tamil Nadu, gdzie prowadzimy warsztaty dziewiarskie i koszykarskie. Co jest największą trudnością w opiece, wychowaniu tych dzieci? Czy one różnią się od dzieci polskich? Dla mnie, nowym doświadczeniem jest praca z sierotami, które maja w sobie ogromne deficyty miłości, czasem wydaje mi się, że nie jesteśmy w stanie odpowiedzieć na ich zapotrzebowanie na miłość. Jestem bezradna, gdy pytają o rodziców, o których tak naprawdę nic nie wiemy. Wielu dzieciom nadałyśmy daty urodzin, bo też były one nie znane. A przecież każde dziecko chce świętować dzień urodzin. Najtrudniejsze są rozjazdy z internatu na ferie i wakacje, bo maluchy, które są sierotami, też mnie pytają, kiedy przyjadą mamy by je zabrać, a ja muszę odpowiadać, że tu jest ich dom. Często ich wakacje są o wiele lepsze, niż tych które wyjeżdżają do domów i jedzą np. raz dziennie, ale każde dziecko chciałoby spędzić wakacje z rodziną. Pamiętam, jak któregoś z chłopców ktoś zapytał skąd jest, myśląc o miejscowości, w której się urodził, a on odpowiedział, że jest z Jyothi Seva, bo od kiedy tylko pamięta, jest z nami. Czym dzieci indyjskie różnią się od polskich? Są bardzo chętne do wszystkiego, nie mają aparatów komórkowych, laptopów, wielu zabawek, dlatego też chętnie biorą udział we wszystkim, co im proponujemy. Gdy czasem ktoś nas odwiedza, jest zadziwiony tym, że dzieci garną się np. do zajęć pozalekcyjnych, że chcą się uczyć, że mają w sobie tyle zapału. Oczywiście, lubią też rozrabiać, bywają nieposłuszne, dziewczynki często się kłócą. Styl wychowania dzieci w Indiach jest dosyć ostry i na początku było dla mnie czymś szokującym, kiedy widziałam nauczyciela w szkole z kijkiem. My staramy się wprowadzać w naszej szkole inne metody wychowawcze, ale musi jeszcze upłynąć wiele czasu, zanim będą one zaakceptowane przez tamtejsza kadrę wychowawczą. Czy Bóg tam jest taki sam? Jedną z rzeczy, która bardzo fascynuje mnie w Indiach, jest religijność ich mieszkańców. Nie ma tam ludzi, którzy opowiadają się, że są ateistami, każdy w Kogoś albo w coś wierzy. Indyjczycy, to naród z natury bardzo religijny. Mam okazję obserwować wiarę naszych sąsiadów muzułmanów, którzy w każdy piątek tłumnie podążają na modlitwę do meczetów, a w świętym miesiącu Ramzan skrupulatnie przestrzegają postu. Widzę całe rodziny hinduistów, niosące w procesji posążki, bardzo popularnego w naszej okolicy, bożka intelektualistów – Ganesha. Widzę wreszcie i katolików, którzy nie wstydzą się swojej wiary, którzy głośno modlą się i śpiewają w kościele, którzy są pełni zapału w wyznawaniu Jezusa. Podczas niedzielnej Mszy Św. modli się cały kościół, ludzie wznoszą ręce do góry, uwielbiając Boga, czują się wspólnotą wiernych. Kościół żyje. A Pan Bóg… Myślę, że bardzo słucha modlitw naszych dzieci, które codziennie wspólnie modlą się do Niego. Nie jest trudniej wierzyć, widząc takie obyczaje, głód i biedotę na co dzień? Życie wraz z biednymi nie osłabia mojej wiary, wprost przeciwnie – daje mi szansę, by ją jeszcze bardziej pogłębiać. Radość życia naszych dzieci, ich prostota, entuzjazm, zarażają mnie i pomagają „z przymrużeniem oka” patrzeć na różne trudne sytuacje, bo przecież życie niewidomych jest często o wiele trudniejsze od naszych małych trosk, poprzez które czasem świat nam się wali. Pozwala mi to zrozumieć, że nie jest najważniejsze tylko to, co ziemskie, że istniejący świat ducha jest o wiele ważniejszy. Jakże głęboko brzmią w naszych realiach słowa z „Małego Księcia”: „Najważniejsze jest niewidoczne dla oczu”. Dla mnie, życie z niewidomymi dziećmi, to codzienne, namacalne doświadczenie obecności Boga. Ostatnio, jedna z naszych uczennic, Yesuamma (znaczy „matka Jezusa”), odkryła w sobie talent poetycki. Nie mamy żadnych bliższych informacji o jej rodzinie, a ona bardzo chciałaby kiedyś poznać swoją mamę. Oto jeden z jej poruszających wierszy: Marzenia Chciałabym być małym ptakiem, który lata pod niebem i śpiewa piękną kołysankę, by utulić cię do snu Chciałabym być małym dzieckiem, by doświadczyć w moim sercu miłości mamy Chciałbym być płynącą rzeką i cieszyć się pięknem natury Chciałabym być aniołem, który jest z Tobą w dobrym i złym czasie Chciałabym być szczęściem dawanym wszystkim ludziom Chciałabym być krwią, która Cię chroni Chciałabym być łzami, by wyrazić moje uczucia Chciałabym być solą, by dać Ci odrobinę smaku Chciałabym być małym światłem tak bardzo niewinnym Chciałbym być delikatnym kwiatem, dającym wszystkim zapach Chciałabym być miłością, tak bardzo delikatną Chciałabym być dobrą wróżką, która Cię pocieszy, poprowadzi i pomoże podczas trudności Chciałabym być Twoim sercem, by znać czym jest ból i cierpienie innych i bić miłością Co daje Ci siłę do bycia tam, na każdy dzień? Co daje mi siłę…? Świadomość tego, jak bardzo potrzebna jest tam nasza obecność. Jak jest mi trudno, a mała Rupa przybiegnie i wdrapie mi się na kolana i zacznie opowiadać o tym, co zdarzyło się w szkole albo zaprosi mnie do swojego małego łóżeczka, bo nie chce spać sama i muszę jej długo tłumaczyć, że ja się tam nie zmieszczę. Albo wdzięczność bezdomnej staruszki, dla której obiad, otrzymywany od nas, jest jedynym posiłkiem w ciągu dnia. Jak zdobywacie środki do życia tam? Na działalność ośrodka, szkoły, internatu? Utrzymujemy się jedynie z darów, ale muszę przyznać, że Pan Bóg troszczy się o nas. Mamy kilku ofiarodawców z zagranicy, ale pomaga nam tez wielu miejscowych ludzi. I nie tylko dając ofiary pieniężne na dzieci, ale np. przynosząc gotowe posiłki. Albo też kilka worków ryżu, olej, różne rodzaje grochu, owoce, środki czystości, ubrania. Ogromnym wsparciem jest dla nas pomoc z Polski w ramach akcji „Adopcji Serca” oraz kwesty, które przeprowadzamy podczas pobytów w Polsce. Czy my, zwykli ludzie, możemy pomóc takim dzieciom i wam? Myślę, że jedną z form pomocy jest włączenie się w akcję „Adopcji Serca”. Polega ona na tym, iż można wziąć pod opiekę jedno z indyjskich dzieci, przebywające w naszym ośrodku, otrzymuje się zdjęcie tego dziecka i informacje o nim. Następnie można wesprzeć dziecko modlitwą lub też finansowo – częściowo lub w całości – opłacić kształcenie dziecka. Oprócz pracy w ośrodku, podróżujesz i odwiedzasz inne miejsca w Indiach, dotknięte biedą i chorobami. Opowiadałaś kiedyś o pewnej wiosce, gdzie nie ma lekarza, a dzieci bardzo poważnie chorują… Byłam kiedyś w małej wiosce w stanie Orissa. By się do niej dostać trzeba było iść przez las godzinę, nie było tam prądu, ani połączenia telefonicznego. Chorowały dzieci, rodzice nieśli je na rękach do najbliższej przychodni, często jednak nie zdążali dojść i dziecko umierało w drodze… To straszne doświadczenie niemocy, tak bardzo chciałoby się pomóc, a nie ma jak. Ostatnio zaś, opowiadałaś mi o dzieciach, pracujących na co dzień w kamieniołomach. Historia ta wywarła na mnie ogromne wrażenie… Tak. W czerwcu ubiegłego roku, wraz ze znajomym ks. redemptorystą i dwiema indyjskimi siostrami odwiedziliśmy kamieniołomy, położone na obrzeżach miasta Bangalore. Bardzo poruszyła mnie sytuacja mieszkających tam i pracujących dzieci. Większość z nich nie chodzi do szkoły, od najmłodszych lat pracują wraz z rodzicami za bardzo niskie wynagrodzenie. Praca, którą wykonują jest niebezpieczna dla ich zdrowia. Pracują w pyle, co często powoduje choroby płuc; rozdrabniając kamienie ulegają wypadkom i zranieniom, a nosząc ciężkie ładunki kamieni na głowach doprowadzają do chorób kręgosłupa. To bardzo smutne i aż niewyobrażalne… Niestety, taka jest rzeczywistość. Wstają wcześnie rano i idą z rodzicami do pracy. Chwilą odpoczynku jest czas południa, kiedy to w kamieniołomach podkłada się dynamit i wysadza kamienne ściany. To także czas ubogiego posiłku, na który składa się codziennie miska ryżu z gotowanymi warzywami lub tylko kilkoma ostrymi papryczkami chili. Po zakończonych wybuchach wszyscy wracają do pracy, która trwa do zmroku. Dużym problemem jest też brak wody. Jest ona dowożona w cysternie i trzeba za nią płacić. Ludzie więc bardzo ją oszczędzają. Każda rodzina mieszka w ubogim szałasie pokrytym liśćmi palmowymi. W nim mieści cały swój dobytek. Życie toczy się głównie przed domem: gotowanie, mycie, wieczorne spotkania po pracy. To, o czym mówisz, tak bardzo różni się od codzienności polskich dzieci… Tamtejsze dzieci mają poważny wyraz twarzy, od najmłodszych lat znają trudy codziennego życia. Czasem dobrze uświadomić sobie jak bardzo jesteśmy uprzywilejowani mogąc posyłać dzieci do szkoły, mieć dobrze płatną i bezpieczną pracę, bieżącą wodę w kranie, smaczny i zróżnicowany posiłek, etc. Są bowiem tacy, często jeszcze bardzo mali, dla których każdy dzień jest zmaganiem o przeżycie. Bardzo dziękuję Ci za rozmowę. Życzę wiele sił w dalszej pracy.
zapytał(a) o 13:57 Moja babcia mnie coraz bardziej denerwuje co robić? Ciągle plotkuje, narzeka itd. Chyba mnie zabije jak przyniosę do domu świadectwo szkolne, bo twierdzi, że muszę tylko siedzieć całe dnie przed książkami, będzie pewnie mówić każdemu jakie mam oceny, że z chemii mam 2, fizyki 3, a pewnie, że mam z historii, angielskiego i niemieckiego 6 to tego nie zauważy, od razu będą ciotki wiedzieć, jej głupie koleżanki i się rozniesie po całej wsi. Wczoraj prawiła mi wkurzające kazanie, że jak nie będę się cały dzień uczyć to będę ulice zamiatać, a jak jej kiedyś powiedziałam, że chcę iść do liceum z klasą wojskową lub policyjną to mnie wyśmiała bo mam iść na jakiegoś lekarza bo wszystkie moje kuzynki idą na medycynę, a ja jako jedyna wybieram sobie zawód sama i niech nie myśli, że ona lub jakaś moja ciotka zmusi mnie na medycynę. Marudzi, że mam dużo ciuchów, a ciągle kupuję nowe, a do tego jeszcze męskie dla niej wszystko jest męskie tylko nie sukienki, spódnice, rajstopy, baleriny. W najgorsze upały każe mi chodzić z nią na jagody zarabiać. Dzisiaj truje mi cztery litery, że mam iść jutro na 11 na odpust, nie rozumie, że pójdę kiedy mi się będzie podobać. Ma pretensje do mnie, że nie modlę się, do spowiedzi chodzę dwa razy na rok i rzadko chodzę do komunii. Miała i ma zresztą pretensje, że tata kupił mi basen pod koniec lipca w zeszłym roku, stał tylko półtora miesiąca, a wlaliśmy do niego 16 kubików wody. Oszczędza i to bardzo prąd i wodę, jak zobaczy, że ładuję telefon czy laptopa od razu do mnie z wątami, że znowu zużywam prąd. Wymyśla mi jakieś choroby tarczycę, cukrzycę, anemię, nie raz mówi, że jestem gruba, żebym przestała tyle żreć, a koleżanki zazdroszczą mi figury, według niej mam być jakimś patykiem, który waży 40 kg przy 163 cm, a nie 53 kg. Grzebie mi w rzeczach, sprawdza zeszyty jak mnie nie ma. Ciągle mówi mi, że jak ona była w moim wieku nie było tego wszystkiego, musiała robić przy świniach, krowach, kopać ziemniaki. A teraz ma zapchlone kury, które przeniosły się na mojego biednego psa, którego biję i nie tak lekko wcale bije go szmatą, miotłą, łopatą, grabiami, rzuca laczkami, ciągnie za ogon i za uszy, i to za nic, a później się nawet mnie boi co nigdy mu nic nie zrobiłam. Jak zabija te swoje zasrane kury to nie raz od niej słyszałam tekst może byś mi pomogła je z piór skubać, zmuszała mnie do tego, a ja tego nie zrobiłam, bo mi nawet ich szkoda, a później wmusza mi to mięso przy obiedzie, a wie, że od roku nie jem mięsa. Mówi mi, że jak ona była w moim wieku nie miała takich długich włosów jak ja, tylko była obcięta na chłopaka. Powiedziałam jej, że chcę na wakacje pomalować włosy pianką na różowy albo niebieski to ta ''Nie rób z siebie wariatki tak jak tamta to ma pół łba pomalowane na biało, a drugie na czarno'' też tak bym chciała, ale by mnie z domu chyba wywaliła, bo twierdzi, że kolorowe włosy mają tylko prostytutki. Kazała mi się zadawać z jedną dziewczyną, przez którą mam jeszcze bardziej zrytą psychikę mówiła, że jestem brzydka, gruba, kazała mi słuchać metalu i rocka, ubierać się na czarno, ale jakoś się od tego odciągnęłam. Chodzi do nas do klasy jeden chłopak, który 3 razy nie zdał i mam zakaz zadawania się z nim, a nawet ona go nie zna, od razu musi być jakimś typowym dresem, ćpać, chlać itp. Rodzice niby o tym wiedzą, ale nic sobie z tego nie robią.
Kochani, ocaliliście Bajkowe istnienie! Z nieskrywaną radością przekazujemy Wam dzisiaj te wiadomości. Po latach ciężkiej pracy i mało bajkowym życiu, staruszka w końcu może cieszyć się zasłużonym odpoczynkiem. Jej wielkie serce, przepełnione jest teraz wdzięcznością i szczęściem, a w ciemnych oczach widać ulgę. Choć nie ma zaufania do człowieka, zrobimy wszystko by to zmienić. Siwa kucka, wyjdzie za moment na wiosenny wiatr, ale nie pójdzie prosto pod trap, który miał dla nie opaść. Pójdzie bezpiecznie na zielone pastwiska swojego nowego miejsca na ziemi. Dołączy do stada ocalonych i zamieszka w naszym azylu, by cieszyć się życiem, jakie jej podarowaliście. Będzie dochodzić do siebie pod bacznym okiem weterynarzy i kowala. Bajka dziękuje Wam za godną emeryturę, którą dzięki Wam przyjdzie jej się cieszyć. My rownież jesteśmy Wam bardzo wdzięczni. Bajka jest mała. Nie to, ze bardzo mała. Po prostu nie urosła zbyt wielka wzrostem. Tylko serce ma wielkie. Do pracy. Bo takie kucyki jak Bajka zazwyczaj ciężko pracują, aż wezwie je ktoś tam wyżej. Nim to się stanie, dają z siebie wszystko, co mogą. Bo nie wiedzą, że to wszystko na nic. Nikt tutaj tego nie doceni. No więc tutaj nasze losy się spotykają. My stoimy przed Bajką z aparatem. Ona przed nami z powykrzywianymi kucykowymi nóżkami, ciemnymi, wielkimi ze strachu oczyma i nastroszoną, brudną sierścią. Nie jest tu bajkowo, w tej oborze. Ale i nikt nie obiecywał, że będzie. Głaszczemy Bajkę po mokrych chrapach, ale ona się odsuwa i sztywnieje. Człowiek raczej dobrze się nie kojarzy spracowanym kucykom. Gdy próbujemy podejść bliżej, zaczyna szybko przebierać w miejscu krótkimi nóżkami, jakby chciała uciec. Ale uciec nie ma ani dokąd, ani jak. Ani tak naprawdę po co. Bo na stare, wyeksploatowane kucyki z nastroszoną sierścią nikt przecież nie czeka. Robimy w końcu kilka zdjęć telefonem, aby nie stresować babci Bajki. Te zdjęcia albo uratują jej życie, albo nikt ich nie zauważy i nic się nie wydarzy. Wtedy siwa kucka, za niedługo, wyjdzie na wiosenny kwietniowy wiatr i pójdzie prosto pod trap, który opadnie tylko dla niej tego dnia. Przynajmniej na tym wiejskim podwórzu. Gdy po nim wejdzie, nikt nie będzie jej żegnał. Mamy przedłużony czas do 28 kwietnia, aby ocalić Bajkowe istnienie. Musimy zebrać 3900 zł na wykup i transport. Pomożesz?
nasza babcia serce ma takie duże że aż dwa