Módlmy się gorąco, aby męka i śmierć Jezusa objawiły nam, że Bóg tak umiłował świat, że Syna swego Jednorodzonego dał, aby każdy, kto w Niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne. Albowiem Bóg nie posłał swego Syna na świat po to, aby świat potępił, ale po to, by świat został przez Niego zbawiony (J 3, 16–17).
„Dlaczego Bóg czyni zło?” – przyczynek do zmagania się z trudnościami teodycei O milcz, milcz tylko lub wszystkim wam biada! 2William Szekspir Człowiek nie sięgnie do Boga po pomoc dla myśli strwożonych obrazem nieznanego zła. 3Kazimierz Brandys Dlaczego Bóg postępuje z człowiekiem w sposób, który zdaje się nie odpo-
Nie jest to zakodowany w naszej świadomości obraz Boga, który karze cierpieniem czy jest wobec niego obojętny. W. Hryniewicz proponuje nam konsekwentny obraz Boga przeciwnego złu, co więcej, towarzyszącego cierpiącemu człowiekowi. A taki Bóg staje się nam bliższy, bardziej „ludzki”, nie sposób myśleć o Nim jako o naszym
Dlaczego Bóg Zabiera Nam Najbliższych? Bez wątpienia strata najbliższej osoby jest jednym z najstraszniejszych doświadczeń na jakie możemy natrafić w swoim życiu. Śmierć sama w sobie stanowi nieodgadnioną tajemnicę ale kojarzy się ona ze złem oraz cierpieniem.
Sadząc w ogrodzie Eden drzewo dobra i zła Bóg daje Adamowi i Ewie pewien wybór. Mogą oni zostać Jemu posłuszni i zaufać jego słowom, albo też się zbuntować. Dał on przyzwolenie na spożywanie owoców ze wszystkich drzew dostępnych w ogrodzie, z wyjątkiem tego jednego, pod groźbą niechybnej śmierci. Wybór Adama i Ewy jest już
Mojżeszowa 32.23). Bóg nienawidzi grzechu z tego samego powodu z jakiego światło nienawidzi ciemności a prawda nienawidzi kłamstwa. Bóg chce, aby jego dzieci zdążały "do wszelkiego bogactwa pełnego zrozumienia" (Kolosan 2.2), a grzech tylko w tym przeszkadza. Bóg nienawidzi grzechu, ponieważ zniewala nas i ostatecznie nas zniszczy.
Dlaczego Bóg dopuszcza cierpienie, choroby i śmierć, zwłaszcza ledwo co narodzonych dzieci? aviyah2008, śr., 01/21/2009 - 13:43 Zło, choroby, śmierć – to nie są zjawiska naturalne, które istniały od zawsze i które będą istnieć wiecznie.
eKSOA. Od paru tygodni żyjemy zamknięci w swoich domach. Z dala od bliskich, rodziny, przyjaciół. W kompletnie nowej rzeczywistości, która wielu przeraża, martwi, budzi niepokój. Paradoksalnie, to również czas wyjątkowy, a nawet, jak mówił w ostatnim vlogu „Langusta na palmie” Ojciec Szustak: „czas, który może być dla nas błogosławieństwem”. To, co się teraz dzieje i to, jak musimy teraz funkcjonować, jest zdaniem Dominikanina jedną z najlepszych rzeczy, jaka mogła nam się wydarzyć. Jest niezwykłą okazją do poznania siebie, ale przede wszystkim sprawdzenia tego, jak bardzo wierzymy i ufamy Bogu. To czas, kiedy możemy rozwinąć się duchowo, rozwinąć się wewnętrznie. Bóg daje nam dziś okazję do tego, by odnaleźć sens naszej wiary. Daje nam okazję do znalezienie odpowiedzi na pytania: czy potrafimy żyć dziś bez Kościoła, bez nabożeństw, zewnętrznych formuł modlitewnych? Wielu ludzi myli wiarę w Boga z religijnością. Kiedy pytam znajomych o to, czy wierzą w Boga często odpowiadają: „Wierzę w Boga, ale nie chodzę do Kościoła. Bóg jest wszędzie”. Kiedy zadaję drugie pytanie: „A wierzysz Bogu?”, najczęściej zapada cisza. Bo, jak zwraca uwagę o. Augustyn Pelanowski, istnieje delikatna różnica (która w obecnych czasach przybiera na wadze) między wierzyć w Boga, a wierzyć Bogu. Ojciec Pelanowski pisał także o tym, że wiele osób utożsamia wiarę z religijnością, a to dwie różne rzeczy: „Religijność odpowiada na pytanie: Co robić? Wiara odpowiada na pytanie: Kim jestem?”. Mamy w tej chwili niezwykłą szansę na poznanie siebie, sprawdzenie swojej wiary, nie swojej religijności. Sprawdzenie naszej osobistej, autentycznej relacji z Bogiem, której wiele osób wierzących nie ma. Czas, który nas zastał, to czas, który pozwala zrozumieć, o co tak naprawdę chodzi w byciu z Panem Bogiem. Jeśli uważasz, że bycie z Bogiem to jedynie coniedzielna msza święta czy sakrament pokuty raz w miesiącu, to jesteś w błędzie. Ojciec Szustak nazywa ten rodzaj wiary „katolicyzmem chodzonym”. Z kolei Arkadiusz Łodziewski, ewangelizator, autor bestsellerowego „Poradnika Bożego”, pisze w swoich książkach o ludziach, którzy często przychodzą do kościoła podpisać tylko „listę obecności”. Z obowiązku, a może i przyzwyczajenia. Bo tak są nauczeni od małego. Jak mówił w wywiadzie dla portalu „Istnieje wspólna tendencja u większości katolików – nie czytają Pisma Świętego. Jest to najgorsze zaniedbanie. Chodzą do kościoła, wielu przyjmuje Komunię Świętą, ale nie czytają Biblii. Ludzie mają błędne poczucie, że słuchając czytań w kościele, czytają Biblię. Niestety, tekst, którego słuchają podczas Mszy Świętych, nie stanowi nawet 10% całego Pisma Świętego. Naszym orężem do walki ze złem jest Słowo Boże. Ale ludzie o tym zapominają”. Dlaczego postanowiłam napisać ten artykuł i zaprosić do podzielenia się swoimi przemyśleniami z moim koleżankami, kobietami biznesu? Bo chcę pokazać ludziom, że w tym szczególnym czasie możemy na nowo odbudować relacje z Bogiem lub jeszcze bardziej je umocnić. Możemy odkryć sens naszej wiary. Możemy żyć bez lęku i obawy przed tym, co przyniesie jutro. Bo rozmowa z Bogiem, codzienna gorliwa modlitwa dają niesamowity spokój. Dają siłę i moc do tego, by – jak mówił w niedawnej konferencji ks. Dominik Chmielewski – „koronować Jezusa, a nie wirusa”. By się nie bać! Wystarczy tylko zaufać. Bogu, Maryi. Wraz z zaprzyjaźnionymi koleżankami z którymi na co dzień współpracuję biznesowo chcemy zachęcić Was do zajrzenia w głąb siebie. Zastanowienia się nad swoją relacją z Bogiem. Dla mnie ten czas to moment na odkrycie cudowności i niezwykłości Matki Bożej. Z którą nie zawsze byłam blisko. Modlitwa różańcowa zawsze mnie męczyła i nudziła. Dziś, dzięki temu, że zawodowo zwolniłam, że mam więcej czasu na czytanie, kontemplację, modlitwę zakochuję się w Maryi na nowo. Jestem w trakcie 33-dniowych rekolekcji maryjnych „Oto matka Twoja” ofiarowania się Trójcy Przenajświętszej przez Niepokalane Serce Maryi. Czytam fantastyczną książkę „Życie Maryi w wizjach wielkich mistyczek” i czuję, jak bardzo moje serce otwiera się na miłość Matki Bożej. Kilka dni temu jeden ze znajomych napisał do mnie, że na moim Facebooku nie widać strachu, lęku, paniki. Że jest tak pogodnie i kolorowo. Jakbym żyła w innym świecie, bez koronawirusa. Odpisałam mu: „Bo nie czuję strachu. Nie boję się wirusa”. Był zadziwiony. Napisałam, że się modlę. Że modlitwa daje mi niesamowity spokój. Zresztą nie tylko mi. Przeczytajcie, co na temat obecnej sytuacji i ogromnej sile modlitwy mają do powiedzenia wyjątkowe kobiety sukcesu. Dziewczyny, które nie wstydzą się swojej wiary, mimo że w kręgach biznesowych oraz świecie, w którym ja działam, czyli show-biznesie, mówienie o Bogu nie jest modne. Mało tego, często jestem z tego powodu wyśmiewana, nazywana nawiedzoną, dewotką, neofitką, oszołomem. Nie zraża mnie to. Moją tarczą jest On. Bóg Ojciec. Boża Opatrzność, o której mówi też Anna Miastkowska z Grupy Komunikacyjnej Jagiełło Miastkowska – Czasy, w których żyjemy są niezwykle trudne, ale siłę i nadzieję do patrzenia w przyszłość z pozytywnym nastawieniem, w ogóle do patrzenia dalej, wyżej, daje mi wiara. To nie znaczy, że nie martwię się tym, co jest i co może być, to nie znaczy, że nie targają mną takie zwykłe ludzkie emocje jak strach, poczucie niepewności, rzadko, ale nawet przygnębienie. Jednak gdzieś głęboko mam poczucie, że będzie dobrze, bo znam Jego siłę i moc. Teraz nawet w kontekście medycyny mówi się bardzo dużo o konieczności zadbania o ducha, duchowość, bo w procesie powrotu do zdrowia czy utrzymania równowagi, niezbędna jest głowa, pozytywne nastawienie, wyciszenie. Może to być medytacja albo modlitwa. Dla mnie właśnie modlitwa jest skutecznym rozwiązaniem na jakieś stany niepokoju, pozwala odnaleźć siłę, daje nadzieję, a nawet pewność, że będzie dobrze. Wielokrotnie przekonałam się o tym, jak potężną moc ma modlitwa. Zamknięte aktualnie Kościoły nie są przeszkodą do dbania o duszę, bo nie możemy sprowadzać wiary tylko do obrządków kościelnych (są ważne, ale liczy się prawdziwa relacja z Bogiem). Kwarantanna pomaga się wyciszyć, uspokoić, zastanowić nad tym, co naprawdę w życiu najważniejsze. Nie wyobrażam sobie siebie w takiej sytuacji, w jakiej znalazł się cały kraj i świat, ale bez oparcia w wierze. Wiem, że czuwa nade mną Opatrzność, a wtedy nic złego nie może się stać. Podobnego zdania jest także Jolanta Zajdel, prezes Sunvita sp. z : – W obecnej sytuacji wiara i silna więź z Bogiem powala ze spokojem patrzeć w przyszłość. Kwarantanna to poza możliwością spędzania większej ilości czasu z bliskimi, ogólnego wyciszenia, może też nadrobienia zaległości domowych, to przede wszystkim czas nawiązania czy zacieśnienia relacji z Bogiem. Nie tylko w czasie pandemii, ale od lat z pomocą przychodzi mi Święta Hildegarda – wzór pod każdym względem. Fenomen Świętej polega na tym, że poza niezwykłym przykładem, jakim ona jest pod kątem więzi z Bogiem, wspaniale też pokazuje, jak na co dzień żyć, aby dbać o ciało i duszę. Święta Hildegarda twierdziła, że ciało jest naszą tuniką, którą Pan Bóg nam podarował na czas życia na ziemi, ale naszym obowiązkiem jest dbanie o to ciało tak, aby oddać je Bogu w stanie niepogorszonym. O ciało trzeba dbać również po to, aby móc służyć rodzinie oraz innym ludziom, mieć siłę do wypełniania swoich ziemskich obowiązków. Do rozwoju duchowego potrzebne jest zdrowe ciało, ale jednocześnie te sfery przeplatają się, bo nie można być zdrowym na ciele, kiedy życie wewnętrzne nie jest uporządkowane. I to właśnie daje mi wiara i Kościół – poszerza horyzonty, pozwala się rozwijać duchowo. Zagłębianie w życiorysy świętych to wspaniała lekcja życia, a w przypadku Hildegardy również lekcja dbania o zdrowie, a dzisiaj ta umiejętność i świadomość istoty ciała w procesie rozwoju duchowego, to wielka wartość. Wiara daje siłę, spokój, poczucie, że jest wyższe dobro niż to doczesne życie, ale skoro już jesteśmy na ziemi, to żyjmy najpiękniej jak to możliwe. Wiara to przede wszystkim zaufanie do Boga. Jako osoba czerpiąca z nauk Świętej Hildegardy z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że robię, co w mojej mocy, aby na codzienne wyzwania (jak właśnie choroby) jak najlepiej odpowiadać, czyli staram się im po prostu zapobiegać. Dbam o zdrowie, a przez to mam świeżą głowę i czyste myśli, co pozwala skupić się na relacji z Bogiem, wyciszyć. A reszta w Jego rękach. Małgorzata Przywecka, na co dzień związana z francuską firmą kosmetyczną DLG, mówi, że wiara w obecnym czasie jest szansą skonfrontowania się z samym sobą, a także szansą na znalezienie odpowiedzi na pytania: Kim dla mnie jest Pan Bóg, czym dla mnie jest Eucharystia, czy tęsknie za Jezusem żywym w Tabernakulum? Czy może wystarczy mi ten za szklanym ekranem w odprawianej Mszy św.? Jak twierdzi: – Miałam dostatecznie dużo czasu, aby się nad tym zastanowić. Odpowiedź przyszła bardzo szybko. Decyzja o zamknięciu kościołów, drastyczne ograniczenia osób w kościele spowodowały tym większą tęsknotę za przyjęciem Jezusa na kolanach i do ust. Uparcie szukałam miejsca, w którym mogłabym przyjąć Jezusa Żywego w Komunii św. Jeśli pragnienie jest ogromne i zgodne z Wolą Bożą, to Pan Bóg zawsze znajdzie sposób, aby to pragnienie zaspokoić. Wiara i ufność to bardzo ważne aspekty w relacji z Panem Bogiem, szczególnie w obecnym czasie. Jeśli ufasz Bogu całkowicie, to przestajesz się bać. I nie dotyczy to tylko pandemii, dotyczy każdego aspektu mojego życia. „Jezu ufam Tobie” to nie pusty slogan. To głęboka wiara w Bożą Moc. To Bóg jest Panem życia i śmierci i tylko On wie, kiedy nas powołać. Jezus mówi „Nie lękajcie się”, ale przede wszystkim mówi do tych, którzy starają się żyć według Jego przykazań. Dlatego się nie lękam i przygotowuję się na każdą ewentualność, przyjmując Jezusa, codziennie będąc w Stanie Łaski Uświęcającej. Bo jeśli wierzysz, że nagroda jest tam w niebie, to każdy dzień w tym zepsutym świecie (na ziemi) przestaje być radością. Jest mi wstyd za ten świat, za to całe bagno, które w ostatnim czasie tak mocno się powiększyło. Znieczuliliśmy się na tak wiele rzeczy, że dla mnie gorsze od pandemii wirusa jest pandemia grzechu. Zastanawiam się, co jeszcze musi się stać, aby ludzie padli na kolana i zaczęli się tłumnie nawracać? Dlatego trzeba się modlić za grzeszników i niewierzących, wyrywać z rąk szatana i wtedy świat stanie się lepszy. Bo świat to my – ludzie. O Bogu i modlitwie, która daje spokój i nie pozwala popaść w marazm i depresję, mówi Dorota Lange, właścicielka Make Up Academy by Dorota Lange w Białymstoku (dzięki której trafiłam do ks. Mateusza Bajena i weszłam na drogę nawrócenia): – Dzień bez rozmowy z Bogiem jest dniem straconym. To właśnie Jezus każdego dnia nadaje mi sens, moim działaniom. W dobie walki z pandemią i odizolowaniu od świata to dzięki Niemu nie popadam w depresję, marazm, nie przychodzą czarne myśli. Rozmawiając z nim każdego dnia, doświadczam ogromnej łaski spokoju oraz wielu błogosławieństw. Odkąd się nawróciłam, otrzymałam wiele łask Bożych, czułam wręcz fizycznie, jak Jezus spaceruje ze mną, gdy idę wyprowadzić psa. Tak zwyczajnie, jak przyjaciel kroczył ze mną, a ja czerpałam z Jego towarzystwa, ile tylko mogłam. Dlatego wiem, że dziś również jest obok mnie chociaż nie doświadczam już tej fizyczności, ale mam w sobie tyle wiary, że wiem, że jest obok, siedzi wygodnie w fotelu. Jest moim Ojcem i kierunkowskazem. Wiem, że obrałam właściwą drogę, drogę miłości i dobroci, drogę do Ojca. To dzięki niemu nie boję się jutra, bo wiem, że będzie jeszcze pięknie. Kilka lat temu Bóg zagościł w moim sercu i dziś, kiedy zamknięte są kościoły, On jest! Jest w moim sercu i to się nie zmieniło. Każdemu życzę takiego przyjaciela, pocieszyciela. On żyje w każdym z nas, wystarczy tylko otworzyć swoje serce. Jezus czasami puka wiele lat i my go nie słyszymy, ale nigdy nie jest zbyt późno, żeby otworzyć swoje serce i wraz z wiosną wpuścić Go! A On na pewno Cię poprowadzi dobrą drogą. O tym, że relacja z żywym Bogiem, jest stylem życia mówi Julita Sędziak, właścicielka „Anielisko Handmade – ręcznie szyte anioły”: – Lubię powtarzać, że wiara to relacja z Jezusem, a relacja z Jezusem to mój styl życia. Inaczej już chyba nie mogę. Miałam w życiu wiele stresowych i trudnych sytuacji, zagrożenie życia i walkę o nie. Zawsze szłam po pomoc, wsparcie, radę najpierw do Boga i to On dawał mi rozwiązanie, ludzi, którzy pomagali, dodawał nadziei w swoim Słowie. Czy moja wiara jest niezachwiana? Tego nie wiem, ponieważ często tak po ludzku boję się, przestaję ufać, narzekam, oskarżam i pytam: dlaczego? Dlaczego właśnie ja? Przed wirusem rozwijały się przed naszą rodziną nowe perspektywy: na dom, rozwój mojego biznesu, przedszkole dzieci, zadbanie o moją kobiecość. Wszystko to rozsypało się i sparaliżował mnie strach, a potem złość i pytania „dlaczego?”. W takich sytuacjach krzyczę wprost do Boga, a On zawsze mi w jakiś sposób odpowiada. Tym razem odpowiedział mi nadzieją mojej wspólnoty. Mimo kwarantanny zebraliśmy się na wspólnej modlitwie on-line. Nabrałam Ducha nadziei i pokoju i zaczęłam działać w inny sposób, a ten zaowocował nowymi zleceniami, możliwościami (rozpoczęłam zdrowotną dietę, na którą dotąd nie miałam czasu). Dobrzy ludzie pomogli nam ogarnąć finanse. Nadal mam obawy, zastanawiam się, co będzie, jak sobie poradzimy, ale wiem, że nie jestem sama. Zawsze mogę przyjść do kochającego Ojca – On mnie poprowadzi. Zawsze staram się wyciągnąć i zobaczyć dobro, bo Bóg jest dobry. W tym czasie, mimo że jest trudny i pełen obaw, zobaczyłam, że mogę jeszcze bliżej przylgnąć do tej Wielkiej Miłości, na nowo odkryć moją relację i skonfrontować ją z moją religijnością. Tęsknię za Mszą Świętą, tęsknię za wspólnotą, przytuleniem, uśmiechem bliskich, za rozmowami i spotkaniami, za dobrą kawą na mieście. Tęsknię za wolnością, za swobodą wyboru, gdzie i z kim mogę się spotkać. Jednocześnie doceniam bardzo wszystkie te relacje, za którymi tęsknię. Myślałam, że moja rodzina, relacje z mężem, z dziećmi są poukładane i jesteśmy szczęśliwi. Po miesiącu razem 24 godziny na dobę razem wiem już, że można kochać mocniej, jeszcze mocniej się zjednoczyć, przebaczać i być razem. Biorę ten czas jako błogosławieństwo, a nie przekleństwo, mimo że jest trudny. Jolanta Stankiewicz, założycielka Anielskiej Przystani ( głośno krzyczy: – Miłość do Boga nade wszystko! Wszyscy globalnie zostaliśmy dotknięci pewnym końcem, ale jednocześnie pewnym początkiem. Kiedy klękam przed krzyżem, w moim sercu pojawia się pokój. Bóg wlał w moje serce miłość kilka lat temu, wyciągnął mnie z mojej pustyni życia. Wiara jest moim oddechem, to relacja z Bogiem, którą buduję każdego dnia. Dzięki niej ufam i wiem że wszystko jest dobrze. Wiara Bogu to moja ostoja. Czytam Jego słowo i się nie lękam. Apostołowie dwa tysiące lat temu musieli przejść wiele tysięcy kilometrów, aby nauczać i głosić słowo Ewangelii. Jesteśmy wszyscy w momencie wielkich zmian… Czasu przebudzenia, nawrócenia, przemiany serc. Dzisiejsi Chrześcijanie to Apostołowie XXI wieku. Mamy teraz możliwość niesienia Bożego światła poprzez wirtualne łącza. Dla Boga nie ma ograniczeń, czasu i przestrzeni… Duch Święty działa w Nas, abyśmy mówili właśnie teraz o Bożej miłości o tym, jak ważne jest dla nas bycie blisko Boga. To nasza odpowiedzialność i misja. Bóg na nas wciąż czeka, pytanie tylko czy my jesteśmy gotowi oddać mu swoje życie? Na pokrzepienie serc PSALM 231 Bóg pasterzem i gospodarzem: „Chociażbym chodził ciemną doliną, zła się nie ulęknę, bo Ty jesteś ze mną”. O tym, jak wielką moc ma wiara, mówi także moja serdeczna znajoma, z którą wspólnie odwiedzam kościół Ojców Dominikanów na Służewcu w Warszawie, Ilona Cichecka: – To właśnie wiara w Boga teraz mnie trzyma… A najmocniej słowa, które pomogły mi przetrwać czas 2 lata temu, gdzie tak jak i teraz byłam w sytuacji po ludzku wydawałoby się beznadziejnej: Gdy Pan Bóg pozwala, żeby się coś rozsypało, to tylko dlatego, żeby zbudować coś cenniejszego. Trzymam się tego teraz tak mocno. Brakuje mi teraz tylko dwóch momentów – adoracji Najświętszego Sakramentu i wieczorów uwielbienia. Tęsknię za nimi, ale mam więcej czasu na medytację chrześcijańską, na praktykę modlitwy jezusowej. Tęsknota stała się też moją modlitwą. Uwielbiam Boga sama, w domu… bo owocem uwielbiania Boga jest przemiana sytuacji, która po ludzku wydaje się nie do rozwiązania. Dziś, mimo że nie wiadomo, co będzie dalej, jestem wdzięczna Bogu za to, co dla mnie zrobił w ogóle. Dziękuję mu też za te trudne sytuacje, bo wiem, że On poprzez dziękczynienie i uwielbienie go w tych ciężkich chwilach przemienia te wydarzenia. Takie jest moje doświadczenie, dziękuję i uwielbiam Boga w tym, co dla mnie jest niezrozumiałe. To daje mi spokój, niweluje lęk i strach. Pozwala skupić się na tym, przed czym zostałam postawiona. Ogromnie wierzę, że Bóg wyprowadzi z tej sytuacji dobro. Wiem też, że dostałam czas na realizację zadań i pragnień, które odkładałam zawsze na później, broniłam się przed nimi. Mam takie poczucie, że ten czas jest przesunięciem z miejsca, do którego naprawdę nie pasowałam, w miejsce, gdzie Pan Bóg mnie naprawdę będzie potrzebował i chce mnie mieć. Anna Maria Zagórska, fotografka, wykładowca na warszawskiej ASP, mówi o tęsknocie za Eucharystią oraz o tym, że podczas tego niełatwego czasu uczy się cierpliwości i większej wyrozumiałości dla siebie i bliskich: – W tym czasie pustki i braku tego, co na co dzień dostępne na wyciągnięcie ręki, w tej izolacji od drugiego człowieka, od rodziny, przyjaciół, gdy twarze zakryte i tylko z oczu można czytać ludzkie emocje, wiara w Boga i Jego miłosierdzie jest dla mnie jak życiodajne źródło. W domowym zaciszu, bez pośpiechu, sam na sam z myślami, modląc się, wciąż odnajduję w sobie nowe pokłady ufności w to, że tylko z Bogiem w sercu i pod opieką Maryi może być dobrze. Wiara i modlitwa dają ukojenie, pocieszenie i siłę. Czas zamkniętych kościołów uzmysławia mi, jak cenna jest osobista relacja z Chrystusem i jej pogłębianie. Brak Eucharystii, Sakramentów, spotkań modlitewnych we wspólnocie wyzwala tęsknotę i głód. Każdy dzień i modlitwa uczą mnie cierpliwości, wyrozumiałości i spokoju bardziej niż kiedykolwiek wcześniej. To czas przewartościowania życia i pokory. Z każdym dniem bardziej doceniam to i życie. Wiara, nadzieja i miłość są jego sensem. Mirosława Kowalkowska, doradca finansowy z Bydgoszczy, członkini elitarnego stowarzyszenia MDRT – Milion Dollar Round Table, mówi o tym, że wiara jest dla niej oparciem i daje poczucie bezpieczeństwa. Wiara, którą, jak mówi: „uprawiam jak ogród”. – Dbam o to, aby moje wszystkie kwiaty były podlane codziennie. Mój dzień rozpoczynam od rozmowy z Bogiem w modlitwie brewiarzowej. Jest tam czas medytacji. Medytacja obejmuje wysyłanie do Boga ogromną wdzięczność za to, co mam, za moją rodzinę, moje dzieci, moich ośmioro wnucząt. Dziękuję Bogu, że obudziłam się i mogę cieszyć się słońcem, światem – roślinnością, która teraz budzi się do życia. Dziękuję Bogu za ludzi, których teraz stawia na mojej drodze. Mam dzięki nim nawracać się, przejść do świętości. A kto to jest święty? Zapyta ktoś – ktoś kto nie opiera się złu, ktoś kogo nie zabija informacja o liczbie śmierci, ktoś, kto umiera dla swoich grzechów i już więcej nie wraca do nich. Wszystko, co mi się zdarza w życiu, to słowo Boga do mnie, do ludzi, do świata. Tak, Bóg powiedział – czyńcie sobie ziemię poddaną. Jednak świat wyrzuca ze swojego życia Boga. Nie ma dowodów na to, że Bóg jest, skoro dopuszcza do tragedii, jaką obecnie oglądamy. Nie ma jednak dowodów na to, że Boga nie ma. Człowiek nie pyta: Co Pan Bóg chce mi przez te fakty powiedzieć. Światem rządzi pieniądz, świat zabija się za pieniędzmi. I co tym ludziom dzisiaj po tych pieniądzach? Umierają w samotności. Obnażają się nasze prawdziwe uczucia: czy panikujesz, czy masz nadzieję w Panu? Bo On jest moim ojcem i poznał mnie jeszcze przed moim narodzeniem. Prorok Jeremiasz opierał się woli Boga bycia prorokiem, ale podporządkował się. Bo głos Boga jest silniejszy niż niechęć spowodowana zniewagami wroga. Może Bóg powołuje również Ciebie poprzez fakty, przed którymi Cię stawia. Może Bóg ma dziś dla ciebie nową misję? To Bóg jest sprawcą naszej historii. Ja mam takie pamiątki, że Bóg jako dobry ojciec opiekował się mną. Nosił mnie na rękach, gdy nie miałam pracy, gdy zdiagnozowano u mnie zanik pola widzenia. Mimo to nadal wierzyłam, że to, co mi się przydarza, jest dobre. Bóg daje łaskę tym, którzy proszą o nią. Bóg daje mi ducha pokoju, a w Wielkim Poście niezwykłą siłę dają mi: modlitwa, jałmużna i post. Pamiętajmy: wiara rodzi się z posłuszeństwa, wiara rodzi się ze słuchania Słowa Bożego. Czas pandemii wykorzystuję na wysłuchanie rekolekcji prowadzonych przez biskupa Grzegorza Rysia z diecezji łódzkiej na jego kanale YouTube. Modlę się w domu, w skrytości serca przesuwam paciorki różańca: za lekarzy, za pielęgniarki, za całą służbę mundurową. Przyjmuję komunię duchową, jestem posłuszna, zostaję w domu. Koronka do Miłosierdzia Bożego o godz. przynagla mnie do ofiarowania tej modlitwy za umierających na całym świecie. Zamiast oglądać kolejny serial, ja dialoguję z Bogiem. Czytam psalmy. Otwieram sobie – tak – gdzie mnie Bóg poprowadzi i wychwalam Boga za to, co mam, psalmem. To dziwne, że tak bardzo każdy chce iść do nieba, pod warunkiem, że nie będzie musiał wierzyć, myśleć, mówić ani też robić czegokolwiek, co mówi Słowo Boże. Modlę się za swoich nieprzyjaciół, za ludzi, od których nie czuję życzliwości – może są nimi, bo nikt się za nich nie modli, nie doznali miłości bezwarunkowej. Modlę się za swoich najbliższych. Bóg zsyła mi takiego męża, abym się nawróciła. Bóg umarł za moje grzechy. Czy ja mogę umrzeć za mojego męża, który nie jest taki, jak ja oczekuję. To ja mam się zmienić, nie wszyscy inni! Bóg zmienia mnie poprzez moją historię. Idź i głoś, że jeśli Bóg jest ze mną, to kto przeciwko mnie? Pamiętajmy: Bóg może wszystko – nawet wskrzesić umarłego od trzech dni Łazarza. O tym, że dla Boga nie ma rzeczy niemożliwych i że jeśli tylko zwrócimy się w Jego stronę, to On nam pomoże, mówi ostatnia moja rozmówczyni Kalina Nowakowska: – Gdyby ktoś mi kiedyś powiedział, że z tęsknotą będę szukać Boga i będę Go pragnęła, to nie wiem, jak bym zareagowała. Dawniej moja wiara opierała się na zasadzie: jak trwoga, to do Boga, ale 2013 rok był przełomowy. Podczas pielgrzymki do Medugorje moje oczy dosłownie otworzyły się, zaczęłam postrzegać świat i moje życie zupełnie inaczej. Kiedy zaczęłam pogłębiać swoją wiedzę na temat Boga, Maryi, obecności Aniołów w naszym życiu, wiary, kiedy zdałam sobie sprawę z ogromu swoich grzechów i otwarcia się na zło i zagrożenia duchowe – chyba nieświadomie – to w moim życiu zaczęły dziać się zarówno cuda, ale pojawiły się też ogromne walki duchowe. Zdałam sobie sprawę z tego, jak szatan walczy o duszę, którą traci. Przekonałam się fizycznie, jak wspaniale jest poczuć dotyk Boga i Jego miłość, ale również doznałam obecności złego ducha – tego doświadczenia nie da się opisać. Analizując swoje życie, to, co robiłam, śmiało mogę powiedzieć, jak Ręka Boga broniła mnie od śmierci – duchowej i fizycznej. Z ogromną pomocą przyszła Maryja wraz ze Świętym Michałem Archaniołem, kiedy walczyłam z uzależnieniem, które po ludzku nie było do przejścia bez ich pomocy. Dzięki Bogu udało mi się przeżyć nieudane dzieciństwo i okres dorastania, mobbing w szkole, i dziś dzięki Niemu mogę żyć. Pewnego dnia podczas modlitwy różańcowej ksiądz powiedział: „Powinniśmy kochać Boga mimo wszystko, nie tylko wtedy, kiedy nam coś daje, ale kiedy nam zabiera, kiedy jest dobrze, ale i źle”. Powiedziałam: „Boże, nawet kiedy stracę pracę, to będę Cię kochać i nie odwrócę się od Ciebie”. I tak się stało. Pandemia mi ją zabrała, a ja uczę się ufać Bogu, bo nie zostawi mnie i mojego męża bez pomocy. Uczę się żyć dniem dzisiejszym i być spokojną o jutro. Dzisiaj, kiedy zewsząd docierają do nas niepokojące informacje, oddaję wszystko Bogu, proszę o Jego pomoc i ochronę Maryi. Oczekuję na Ich pokój, radość i miłość. Bóg wlewa się w nas od stóp do głów, w dosłownym znaczeniu tego słowa i to uczucie jest nie do opisania. Ponadto pokazuje w obrazach wspaniałe rzeczy, które są dla mnie przedsmakiem nieba. Dziś wiem, że nie potrafiłabym normalnie żyć bez Boga i Świętych. Wiem, że warto się nawracać, bo Bóg to najlepszy Tata na świecie. Pamiętajmy: Bóg jest jedyną drogą, jedyną prawdą i jedynym życiem. Uczmy się z pokorą dziękować Mu za to, co nam daje, ale też czasami zabiera. Bo tylko On jeden wie, co tak naprawdę jest dla nas dobre. Mam pełną świadomość tego, że świadectwa przeze mnie zebrane zostaną przychylnie przyjęte głównie przez osoby, które są blisko Boga, ale mam cichą nadzieję, że może nie teraz, ale za jakiś czas pęknie coś w sercach wielu niedowiarków i otworzą się na wielką miłość Boga. Jak mówiła Matka Boża w swoim przesłaniu w Medjugorje w lutym 1990 roku: „Niewierzącym nie narzucajcie swej wiary. Świadczcie o niej przykładem i módlcie się za nich”. Ilona Adamska
Gość 09:06 Co właściwie katolikom przeszkadza w tym, że każdy żyje jak chce? Czy to nawracanie innych nie jest fałszywe, takie na pokaz? Jaką krzywdę komuś robi to że ktoś żyje bez ślubu czy jest homoseksualistą? Przecież wewnętrznie większości ludzi obchodzą ich sprawy prywatne a nie sąsiada. Czy naprawdę nie możemy dać żyć innym jak chcą jeśli ci nie mają ochoty na życie jak my? Przecież nie uwierzę w to, że nagle jakaś kobieta spod sklepu z miłości będzie interesować się życiem obcej osoby. Najważniejsze jest raczej dla niej czy dla mnie życie osób nam najbliższych, to jest zgodne z ludzką naturą. Naprawdę denerwuje mnie taka fałszywość i udawanie troski, gdzie chodzi głównie o udowodnienie światu że inni nam przeszkadzają chociaż nie wchodzą nam w drogę. Jaką krzywdę zrobi mi to, że ktoś żyje inaczej? Np koleżanka z pracy czy kuzyn? Co mnie to obchodzi? Każdy człowiek musi dojrzeć do jakiejś wybranej drogi, Bóg go wtedy zawróci lub nie. Dopóki natura ludzka jest jaka jest, nawracanie innych jest na pokaz. Myślę, że jest w Twoim rozumowaniu pewne błędne założenie. Zakładasz, że Kościół chce całemu światu narzucać moralność Ewangelii. A to nie tak. Wyjaśniam. Kościół zna Ewangelię. I swoim wiernym przypomina o zasadach życia chrześcijańskiego. Wynikających z przykazań, z nauczania Jezusa. Można oczywiście inaczej, ale czy jest się wtedy chrześcijaninem, czyli uczniem Chrystusa? To powód, dla którego Kościół przypomina to nauczanie: przypomina chrześcijanom jak mają żyć. Tam, gdzie w grę nie wchodzi dobro osób trzecich, nie domaga się tego jednak od niewierzących. Ot, Kościół przypomina o uczestnictwie w niedzielnej Mszy. Wiadomo, ze p. buddystów czy ateistów to nie dotyczy, prawda? Albo o potrzebie zawarcia sakramentu małżeństwa. Postawa muzułmanów czy ateistów w ogóle go w tej sprawie nie interesuje. I tak nie mogliby otrzymać sakramentu w Kościele, prawda? Poucza wierzących. A skoro ktoś uważa się za wierzącego, za członka Kościoła, to tenże Kościół ma do tego prawo. Bywa jednak, że Kościół przypomina pewne normy moralne wszystkim, bo ich nieprzestrzeganie krzywdzi osoby trzecie. Ot mocno piętnuje wojnę, podobnie niesprawiedliwość społeczną. Rozwody? Jeśli piętnuje rozwody, to głównie wśród wierzących. W innych wypadkach wskazuje jedynie na krzywdę, jaką jest rozwód dla dzieci... Podobnie jest z cudzołóstwem. Kościół nie mówi muzułmanom, że nie wolno im mieć czterech żon ani mormonom, że nie mogą ich mieć więcej. Poucza chrześcijan, katolików. Wie, ze nad innymi ie ma władzy. A jeśli i innym wskazuje w tym względzie na jakieś zło, to przecież to zło oczywiste, jakim jest krzywda wyrządzona osobie zdradzanej... Homoseksualizm... Kościół wie o jego istnieniu od początku swojego istnienia. I piętnował takie praktyki go jako grzech. Ale wśród swoich członków. Nie miał władzy, by zakazywać tego innym. Jeśli idziś mocno zabiera głos w tej dyskusji, to z dwóch powodów: po pierwsze, lobby homoseksualne chciałoby, by zmienił swoje nauczanie. I atakuje Kościół za to, ze takie współżycie uważa za grzeszne. No to Kościół się broni. Po drugie, Kościół broni też osoby trzecie przed krzywdą. Wiadomo, pary homoseksualne coraz głośniej domagają się dla siebie prawa do adopcji. A to już zabieranie prawa tym, którzy sami nie mogą zdecydować, z kim chcą być, bo ich nikt nie słucha... Podobnie jest z aborcją. To zabijanie nienarodzonych, których głosu nie chce się słyszeć. Dlatego Kościół woła w ich imieniu. Podsumowując. Po pierwsze, swoje wymagania moralne Kościół kieruje zasadniczo do wierzących. Po drugie, jeśi kieruje do wszystkich to wtedy, gdy uważa, że ta konkretna niemoralność godzi w osoby, które same nie mogą się bronić... Co do sumienia.... Pamiętasz choćby najprostszą jego definicję? To zdolność odróżniania dobra od zła. Tak, człowiek ma kierować się sumieniem, to prawda. Zadaniem sumienia nie jest jednak stanowienie normy moralnej, ale jej odkrywanie. Bo norma moralna to coś zewnętrznego w stosunku do sumienia...Niewierzący odkrywają je w podstawowych zasadach. Np. nie czyń drugiemu co tobie niemiłe, cel nie uświęca środków itd. Wierzący także w przykazaniach, w nauczaniu Jezusa... J.
Kiedy umiera bliska nam osoba: mama, mąż, brat wali się cały nasz świat. Nie rozumiemy i nie potrafimy zaakceptować takiej straty. Co wtedy, gdy w cieniu tej straty funkcjonuje także mały człowiek, który rozumie ją jeszcze słabiej niż my? Żałoba, szczególnie ta wczesna, to czas w którym z wieloma sprawami sobie nie radzimy (i mamy do tego prawo), nie potrafimy zatroszczyć się o siebie tak jak na co dzień. A oto musimy otoczyć szczególną opieką małego człowieka, dla którego śmierć osoby, która także jemu była bliska jest czymś abstrakcyjnym, z czym najczęściej styka się po raz pierwszy. Jak to zrobić? Czy w tej trosce jest miejsce na to, aby zabrać dziecko na pogrzeb? Naprawdę wiem, że sprawowanie nawet standardowej, codziennej opieki nad dzieckiem tuż po stracie bliskiej osoby jest niezwykle trudna. Niestety, wiem to aż za dobrze. Ja byłam jednak w o tyle łatwiejszej sytuacji, że pod opieką miałam niemowlę, które z powodu ciężkiej choroby Dziadka, widywało się z nim stosunkowo rzadko. Nie musiałam mu niczego tłumaczyć ani też pomagać mu w przejściu przez żałobę. Musiałam tylko funkcjonować tak, aby nie przytłoczył go mój ból po stracie, której nie był w stanie zrozumieć. Prawdę mówiąc, tylko to że musiałam zająć się Ignacym sprawiło, że byłam w stanie trzymać się w kupie. Przyznam, że właściwie nie zastanawialiśmy się szczególnie nad tym, czy powinniśmy zabrać dziecko na pogrzeb. Mając takiego malucha, zabierasz go z sobą wszędzie i właściwie była to automatyczna decyzja. Dodatkowo miałam świadomość, że kiedy ja nie będę w stanie się nim zaopiekować i zadbać o jego samopoczucie zrobi to mój narzeczony. Pojecie śmierci Maluch do około drugiego roku życia nie jest w stanie zrozumieć sytuacji śmierci bliskiej osoby. Decyzja o tym, czy zabrać dziecko na pogrzeb bazuje wtedy właściwie na tym, czy tego chcemy oraz czy jesteśmy w stanie zapewnić mu w tym czasie właściwą opiekę. Sytuacja jest bardziej skomplikowana, kiedy mamy do czynienia z kilkulatkiem. Dziecko w tym wieku sporo już rozumie, ale cały czas poznaje świat. Rodzice, pragnąc chronić je przed przykrymi doznaniami, bardzo chętnie pokazują mu jego pozytywne aspekty, pomijając te przykre, jak śmierć. Często nawet kiedy umiera pies lub chomik dziecko słyszy, że pojechał na wakacje, farmę itd. Jednak kiedy umiera bliska dziecku osoba, nie możemy udawać, że wyjechała i wróci. To jest po prostu kłamstwo, i to z tych wybitnie szkodliwych. Zanim zdecydujemy, czy zabrać dziecko na pogrzeb, musimy najpierw podjąć się wytłumaczenia mu, co właściwie się stało. Jak rozmawiać z dziećmi o śmierci? Nie powinniśmy używać w rozmowie z dzieckiem wszystkich łagodnych określeń śmierci, jak np. odeszła, zginął, poszła do nieba itd. Takie określenia, choć zupełnie oczywiste dla dorosłych, mogą być dla dziecka niezrozumiałe. Dodatkowo mogą mu zasugerować, że taka strata jest odwracalna. Odeszła, ale wróci. Zginął, ale możemy go poszukać. Poszła do nieba, ale może przyjść z powrotem. Choć może to być dla nas trudne, dziwne, a nawet makabryczne, powinniśmy wytłumaczyć kilkulatkowi, na czym polega śmierć. Możemy nakreślić aspekty fizjologiczne: człowiek nie oddycha, jego serce przestaje bić, nie rusza się itd. Najważniejsze jednak, abyśmy powiedzieli dziecku, co to oznacza dla niego: że nie może już zobaczyć, odwiedzić babci czy pobawić się z tatą. W tym przypadku najlepiej jest mówić najprościej, czyli że bliska mu osoba umarła, już jej nie ma i nigdy nie wróci. Dlaczego to trudne? Bo to słowa, które nie chcą nam przejść przez gardło jeszcze długo po stracie bliskiej osoby. Słowa, których wypowiedzenie sprawi, że sami musimy w nie uwierzyć. Nie chcemy użyć ich wobec dziecka, bo boimy się, że ich usłyszenie będzie dla niego tak bolesne, jak dla nas. Tymczasem właśnie takich, szczerych i prostych słów potrzebuje dziecko, aby zrozumieć, co tak naprawdę się stało. Dziecko może zadawać trudne pytania w związku z stratą bliskiej osoby: Dlaczego ludzie umierają? Czy każdy umrze? Czy mama też umrze? Czy ja umrę? Powinniśmy przed rozmową z dzieckiem przygotować się do zmierzenia się z nimi. Dziecko na pogrzebie Kiedy rozpoczynałam dyskusję na blogu wspominałam Wam, że ten temat jakiś czas temu chodził mi po głowie. Mam młodszego, kilkuletniego Brata. Właśnie dlatego bardzo mocno zastanawiałam się nad tym, czy zabrałabym go na pogrzeb Taty, gdyby decyzja należała do mnie. Ani przez chwilę nie były to jednak łatwe rozważania. Kiedy zapytałam Was, czytelników, o to czy zabralibyście dziecko na pogrzeb bardzo wielu z Was odpowiedziało, że nie, ponieważ taka sytuacja może być dla dziecka zbyt trudna. Nie powinno ono oglądać smutnych i płaczących ludzi, bo będzie miało złe wspomnienia albo nawet traumę. Tylko że dziecko będzie cierpiało i będzie ze smutkiem wspominało stratę kogoś bliskiego, niezależnie od tego czy zabierzecie je na pogrzeb, czy też nie. Przecież, podobnie jak Wy, straciło osobę, z którą było związane. Podobnie jak Wy, odczuwa smutek i rozżalenie, mimo że może okazywać je w zupełnie inny sposób. I podobnie jak Wy, ma prawo się z bliską sobie osobą pożegnać. Jeśli dziecko wyraźnie powie nam, że nie chce uczestniczyć w pogrzebie, to oczywiście należy jego wolę uszanować. Trzeba jednak wytłumaczyć mu, na czym taki pogrzeb polega i dlaczego go organizujemy tak, aby faktycznie miało możliwość świadomie taką decyzję podjąć. W dyskusji pojawiło sporo głosów osób, które właśnie jako dziecko nie miały prawa decyzji co do uczestnictwa w pogrzebie i nawet w dorosłym życiu mają żal do rodziców, że nie mogli pożegnać bliskiej osoby. Decyzja o tym, czy zabrać dziecko na pogrzeb nie powinna zatem należeć tylko do nas, ale też do samego dziecka. Oczywiście, kiedy zamierzamy zabrać kilkulatka na pogrzeb, powinniśmy go do tego odpowiednio przygotować. Opowiedzieć o tym, czym właściwie on jest, co będzie działo się w trakcie, a także jak i dlaczego mogą zachowywać się ludzie. Mam wrażenie, że bardzo trudne wspomnienia, związane z uczestnictwem w pogrzebie w wieku dziecięcym, wynikają przede wszystkim z nieodpowiedniego przygotowanie przez rodziców lub nawet jego braku. Osobną kwestią jest jednak zabieranie dziecka do otwartej trumny. Taki widok rzeczywiście może być dla dziecka szokujący i trudny do zniesienia. Większość z Was, kiedy opowiadało, że ma ciężkie przeżycia, związane z uczestnictwem w pogrzebie, właśnie widok zmarłej osoby wskazywała jako najcięższe z nich. Ja ogólnie jestem przeciwna otwieraniu trumny w trakcie pogrzebu (uważam, że w pewien sposób uwłacza to godności zmarłego). Zdecydowanie lepiej, abyście Wy wspólnie z dzieckiem zapamiętali bliską osobę taką, jaka była za życia. Pozwól dziecku się pożegnać Są jeszcze inne powody dla których warto, choć to niełatwe, zabrać dziecko na pogrzeb. Jednym z nich jest to, że pogrzeb może pomóc mu urealnić pojęcie śmierci i lepiej zrozumieć pojęcie straty. Dodatkowo pogrzeb dla nas samych stanowi pewnego rodzaju domknięcie procesu pierwszych dni żałoby. Ważne, aby dziecko też miało taką możliwość uczestniczenia w wszystkich jej elementach, aby było mu łatwiej poukładać ją sobie w głowie. To naturalne, że rodzice chcą ochronić dziecko przez cierpieniem, związanym z stratą i uczestnictwem w pogrzebie. Równie naturalna jest jednak śmierć. Czy tego chcemy, czy nie, jest i będzie częścią naszego życia i dziecko, prędzej czy później, się z nią zetknie. Nie chodzi o to, że mamy na siłę opowiadać trzylatkowi o tym, że ludzi umierają. Kiedy jednak strata bliskiej osoby sama pojawi się w jego życiu, to naszym obowiązkiem jest mu tą stratę wytłumaczyć i pomóc zrozumieć, co się stało. Do tego potrzebny jest udział dziecka w wszystkich etapach śmierci, także w pożegnaniu. Dylemat nie powinien zatem dotyczyć tego, czy zabrać dziecko na pogrzeb, ale tego, jak je odpowiednio do niego przygotować. Co sądzisz o zabieraniu dzieci na pogrzeby? Czy Ty zabrałabyś/zabrałbyś swoje dziecko na pogrzeb? Może byłaś/byłeś już w takiej sytuacji? Jaka była Twoja decyzja? Opowiedz mi o tym w komentarzu. Dziękuję za Twoje odwiedziny na mojej stronie! Chcesz być na bieżąco? Polub mój profil na Facebooku lub Instagramie i nie przegap żadnego wpisu!
Każdy z nas w swoim patrzeniu na świat, patrzeniu na nasze własne życie, patrzeniu na to, co się nam przydarza, co chcielibyśmy żeby się nam przydarzało, ale tak się nie dzieje, robimy dokładni to, co robi Jonasz. Nie jesteśmy w stanie pojąć ogromu bożej miłości, zobaczyć Jego planu i ciągle narzekamy. Bardzo możliwe, że masz takie doświadczenie, że coś cały czas, zabiera ci z życia radość. Jeżeli masz takie przekonanie, że Pan Bóg ci nie pomaga, że nie widać Jego pomocy i dobroci, że coś jest nie tak, to jest tylko i wyłącznie po to, żebyś się czegoś nauczył… Tworzymy dla Ciebie Tu możesz nas wesprzeć.
Nadchodzi moment, w którym razem z Maćkiem klękamy w zakątku sali i modlimy się przez łzy, najgoręcej jak potrafimy o cud. Przez cały czas, od momentu upadku Dziadka na podłogę, duża część gości weselnych modli się za Niego w życiu każdego człowieka zdarzają się sytuacje, na które nie ma on wpływu, a co gorsza, są one niemile widziane. Wtedy stawiamy sobie pytanie, dlaczego to MI się przytrafiło?! Ale jeżeli jesteś chrześcijaninem, możesz doszukiwać się głębszego sensu cierpienia, które zsyła na Ciebie on, wymarzony ślubPrzychodzę na studia – niedaleko od rodzinnego domu. Poznaje wielu wspaniałych ludzi, nawiązują się między nami przyjaźnie, ale jedna relacja wydaje się być wyjątkowa. To „wydaje się” przeobraża się w rzeczywistość i po roku studiowania na moim serdecznym palcu u prawej ręki błyszczy pierścionek zaręczynowy. Wspaniały początek!Czytaj także:Musiałam odwołać ślub. Byłam wściekła na Boga, że zastawił na mnie taką pułapkęPo półtora roku od tej pięknej chwili stoimy przed Panem Bogiem wśród rodziny, bliskich nam księży i naszych przyjaciół. Ceremonia ślubna jest idealna, wymarzona – wszystko tak, jak miało być, a nawet piękniej. Towarzyszą nam cudowne uczucia, przepełnieni miłością do siebie nawzajem, a zarazem do Pana Boga, który jest dla nas tak łaskawy, że pozwala nam w stosunkowo młodym wieku, bo w wieku 22 lat, pobrać się, pełni radości zaczynamy wesele. To było popołudnie, wieczór i noc pełne uśmiechów i stanął w miejscuWtedy zbliżała się godzina Zazwyczaj o tej porze zaczynają się oczepiny, wraz z podziękowaniami dla najbliższych. My postanowiliśmy podziękowania przełożyć na Więc czas wzruszeń i wdzięczności dla rodziców, świadków, dziadków i chrzestnych był za nami. I w tym momencie czas się zatrzymuje…Mój Dziadziuś w trakcie tańca przewraca się na podłogę. Od tej pory pamiętam wszystko jak przez mgłę. Po ludzku tragedia, szok, żal, smutek. Dziadziuś cały czas jest resuscytowany przez jedną z cioć, która jest moment, w którym razem z Maćkiem klękamy w zakątku sali i modlimy się przez łzy, najgoręcej jak potrafimy o cud. Wtedy też z wielką miłością Maciej, jako głowa rodziny, zawierza nasze małżeństwo Świętej Rodzinie. Przez cały czas, od momentu upadku Dziadka na podłogę, duża część gości weselnych modli się za Niego karetka zabiera Dziadziusia czekamy w niepewności na telefon od Taty. Niestety okazuje się, że Dziadziuś nie zdążył dojechać do szpitala… Nie było histerii, nie było spazmów. Przyjęliśmy to z wielkim także:Jak na pierwszą randkę poszłam… na weseleBoży planNastępnego dnia pojawiło się pytanie z wyrzutem do Pana Boga: dlaczego MY?! Oczywiście, było to ciężkie doświadczenie, ale teraz, z perspektywy czasu, potrafimy odpowiedzieć na pytanie, dlaczego tak się stało. Widzimy, że Pan zaplanował to na długo przed śluby zaczynają się w późniejszych godzinach. Nasz zaczął się o więc czasu na zabawę, mimo wszystko było dużo. Kolorem przewodnim całej uroczystości był kolor fioletowy, który jest używany również podczas pogrzebów (Dziadziuś miał pogrzeb w tym samym kościele, w którym mieliśmy ślub). W Ewangelii, jaką wybraliśmy, przewijał się motyw śmierci (fragment „Talitha kum”, to znaczy: „Dziewczynko, mówię ci, wstań”).Zdążyliśmy podziękować Dziadkowi za całe Jego dobro, bo godzina podziękowań została wyznaczona na a nie o północy. W trakcie, kiedy Dziadziuś odchodził z tego świata otoczony był modlitwą różańcową, odchodził wśród najbliższych. Odkąd pamiętam, Dziadziuś powtarzał, że jak On będzie umierał, to będą Mu grać, a on będzie odchodził w zabawie i ma swój sensTeraz już wiemy, dlaczego MY. Mogliśmy, choć przez tak mały nasz udział, przyczynić się do najpiękniejszej chwili dla Dziadka. To, co wtedy wydawało nam się smutne i bez sensu, teraz ten sens odzyskało. Pan każdą, nawet najgorszą sytuację, potrafi obrócić w dobro. A czy jest większe dobro niż pomoc w możliwości oglądania przez bliską nam osobę Boga twarzą w twarz?Dzięki tej sytuacji w dniu naszego ślubu zawierzyliśmy nasze małżeństwo Świętej Rodzinie i zrozumieliśmy, że nie zawsze będzie tak, jak sobie wymarzymy. Co wcale nie oznacza, że będzie gorzej.
dlaczego bóg zabiera nam najbliższych